Przeczytaj fragment “Murder Park” już dziś!

murder park

Murder Park − nowy bestsellerowy thriller Jonasa Winnera − to mroczna literatura, w wyrafinowany sposób grająca z klasyką gatunku. Autor, znany polskim czytelnikom z książki Cela, powraca z nową historią.

Zodiak Island to samotna wyspa u wybrzeży USA. A na niej park rozrywki: dwanaście tematycznych sektorów poświęconych znakom zodiaku. Wata cukrowa, rozbawione rodziny, diabelski młyn, kolejka górska. I maniakalny morderca, który szczególnie upodobał sobie młode kobiety. Murder Park

Czytelnik poznaje wyspę po dwudziestu latach od tych wydarzeń. Park, zamknięty po serii brutalnych morderstw, ma zostać ponownie otwarty. Wesołe miasteczko ze znakami zodiaku zmienia się w upiorny skansen słynnych zabójców i zbrodni, które wstrząsnęły światem. Manager parku zaprasza na długi weekend starannie wyselekcjonowaną grupę: ludzi mediów i tych, którzy pamiętają to miejsce sprzed dwóch dekad. Dwunastka wybrańców przybywa na wyspę, na której straszą jeszcze zardzewiałe karuzele. Ostatni prom odpływa. Nadciąga sztorm. Urywa się łączność. Zaczynają się dziać dziwne rzeczy. A do tego upiorne pogłoski, że prawdziwy morderca nie został skazany, że wciąż jest na wolności.

Murder Park to z jednej strony klasyczny whodunnit, w którym zagadka zamkniętego pokoju rozciąga się na surową, skalistą wysepkę, chłostaną wiatrem i falami oceanu, z drugiej – dynamiczny thriller, w którym dzieje się dużo i szybko, a kolejne wolty i zwroty akcji sprawiają, że nie wiadomo, co jest prawdą, a co iluzją. Tutaj nic nie jest takie, jakie się wydaje, a każda z dwunastu osób, które poznajemy w dokumentalnych zapisach wywiadów –mistrzowskich portretach psychologicznych – kryje w sobie zagadkę. Mordercą może być każdy.

Jonas Winner jest mistrzem kamuflażu i fałszywych tropów, pełnymi garściami czerpie ze znanych filmowych i powieściowych motywów, żongluje nimi i kreuje nową jakość, a czytelnik zyskuje dodatkową frajdę, rozpoznając klasyczne wątki, aluzje i podteksty. Mocna, mroczna rzecz – odrobinę zakręcona i mająca w zanadrzu niejedną niespodziankę. Nikt nie odgadnie, jak się zakończy upiorny weekend na wyspie.

Aby czytelnik mógł się przekonać, jak wciągająca to lektura, wydawnictwo Initium udostępnia bardzo obszerny fragment powieści.

Zapraszamy!

 

 


Cztery tygodnie później
– Cholera!
Wcisnął hamulec.
Krople, wielkie jak orzechy, bębniły w  blaszany dach samochodu. Wycieraczki ledwie nadążały ze zbieraniem wody. Paul nachylił się nad kierownicą i  przetarł rękawem swetra zaparowaną szybę. Parę kroków dalej zauważył niewyraźną sylwetkę porządkowego w neonowopomarańczowej kamizelce; dawał mu znaki.

Paul opuścił szybę po stronie pasażera i zawołał, próbując przekrzyczeć deszcz:

– Tutaj? Mogę tu zaparkować?  – Porządkowy miał głowę zwróconą w jego stronę, lecz w mroku Paul nie mógł rozpoznać jego twarzy. Mężczyzna spokojnie pomachał brudnożółtą lampą ostrzegawczą. – To jak?

Bez odpowiedzi. Woda gęstymi strugami wlewała się do wnętrza wozu i wsiąkała w fotel. Paul usiadł prosto i  ostrożnie dodał gazu. Samochód przednim  lewym kołem wyrżnął z  łoskotem o  jakąś przeszkodę, a po chwili coś uderzyło w podwozie. Paul schował głowę w ramiona i pojechał dalej. Przed sobą, przez gęstą zasłonę deszczu, dostrzegł mur nabrzeża, za
którym rozciągała się ciemnoszara przestrzeń, niknąca gdzieś między migoczącymi kroplami a niebem.

Zatrzymał się, zaciągnął ręczny hamulec, wyszarpnął kluczyki ze stacyjki i sięgnął po plecak. Był już spóźniony dziesięć minut, nie mógł dłużej szukać parkingu. Pośpiesznie otworzył drzwi i  wyskoczył z  samochodu.  Jego twarz w  okamgnieniu zalała się wodą, włosy przywarły do głowy jak czepek. Zatrzasnął drzwi, zablokował zamki, przerzucił plecak przez
ramię i podbiegł do porządkowego.

– Prom do… – Parku morderców, przemknęło mu przez myśl. – Rupert Levin, prom na imprezę prasową. Wie pan, skąd odbija?

Mężczyzna miał na sobie kapelusz przeciwdeszczowy z szerokim rondem; stał tak, że światło portowego reflektora skrywało jego twarz w cieniu.

– Widzi pan te światła ostrzegawcze? – wrzasnął Paulowi w  twarz, żeby przekrzyczeć szum deszczu i huk fal rozbijających się o nabrzeże. – Jeśli pan się pośpieszy, powinien pan zdążyć.

Paul rozpoznał wybijającą się w  ciemności niewyraźną burtę statku, cumy przytrzymujące stalowy kolos. Ruszył pośpiesznie w kierunku światła. Krople z impetem uderzały o beton, rozpryskując wodę z kałuż. Czy dobrze widział, że tam, w górze, stoją dwaj mężczyźni?

– Stop! Zatrzymać się! – krzyknął. – Muszę wejść na pokład. Paul Greenblatt!

Cienie popatrzyły na niego ponad burtą. W odpowiedzi rozległ się zgrzyt; podnoszony już trap opuścił się z powrotem na nabrzeże. Paul w pośpiechu wszedł na mostek, mocno trzymając się lodowatych stalowych linek, służących za barierkę. Słyszał chlupot fal w dole. Wszedł na pokład po sprężynującym pod jego krokami trapie. Lekko zbity z tropu niezwyczajnym kołysaniem się podłoża, obejrzał się za siebie i zobaczył, że
statek odbija od brzegu. Z wnętrza kadłuba dobiegało głuche dudnienie silnika. Paul przetarł oczy, ale światła ostrzegawcze, które doprowadziły go do promu, zostały już połknięte przez krople deszczu.

– Pan Greenblatt, Paul Greenblatt?

Odwrócił się. Kobieta trzymała wielki czarny parasol. Światło sączące się przez okno z wnętrza statku wycięło z ciemności trójkąt jej twarzy.

– Tak?

– Cieszę się, że jednak pan zdążył. Constance Parker, rozmawialiśmy przez telefon.

– Wspaniale, Constance.  – Paul wziął głęboki wdech.

– Proszę za mną. Pozostali są już w  środku.  – Kobieta skinęła głową w kierunku okien, za którymi widać było pomieszczenie dla pasażerów. W rzędach siedziała garstka mężczyzn i kobiet. Otworzyła ciężkie przeszklone drzwi do kajuty.

– …szprycował trucizny, czasem wstrzykiwał pod skórę skoncentrowany kwas siarkowy, czasem pewne rodzaje ługu…

Sztuczne światło w  kabinie pasowało do ciepłego powietrza. W przedniej części pomieszczenia przy pulpicie stała na oko czterdziestoletnia kobieta, wskazując na zdjęcie wyświetlane przez rzutnik na tablicę.

– Proszę usiąść, Paul – szepnęła Constance. – Porozmawiamy później.

– Przez jakiś czas ograniczał się do dłoni – podjęła kobieta. – Najwyraźniej interesowało go, jak tkanka reaguje na kwas.

Paul usiadł na krześle przy przejściu.

– Później Bohner koncentrował się na rejonach brzucha, łydek i pośladków. – Głos kobiety był jasny i klarowny.

– Mamy dość dużą wiedzę na temat tego, jak przeprowadzał wstrzyknięcia, w jakiej kolejności, w jakich odstępach, wszystko to udało się zrekonstruować post mortem. Co jednak dokładnie nim kierowało, jaką potrzebę, jeśli mogę tak się wyrazić, chciał w ten sposób zaspokoić? Odpowiedź na to pytanie jest znacznie trudniej znaleźć.

Paul zdjął okulary, wyciągnął ze spodni rąbek koszuli i zaczął przecierać szkła. Usłyszał ciche kliknięcie towarzyszące wyświetleniu kolejnego slajdu.

– Mamy ustalenia odnośnie do poparzeń chemicznych na głowie, twarzy i w jamie ustnej…

Założył okulary. Powędrował wzrokiem do nowego zdjęcia na ekranie i poczuł, jak ściska mu się żołądek.

– …wydawało się istotne, że ofiary wciąż żyły, stąd adrenalina – ciągnęła kobieta. – Jednocześnie najwyraźniej zależało mu na tym, by doprowadzić ofiary jak najbliżej progu śmierci. Z jednej strony poparzeniami i wstrzyknięciami, z drugiej poprzez podanie płynów pobranych ze zwierzęcych trupów. Celem tego było, w pewnym sensie, wywołanie… choroby.

Kolejne kliknięcie, kolejny slajd. Tym razem obraz przedstawiał ranę, maleńką, ledwie ukłucie. Skóra wokół niego była jednak zaczerwieniona.

Infekcja, pomyślał Paul. W ranę wdała się infekcja.

– Także eksperymenty z  rybią ikrą, które Bohner przeprowadzał w ciągu ostatnich miesięcy przed swoim aresztowaniem, w gruncie rzeczy dają się wyjaśnić tylko tak. – Kobieta odwróciła się od słuchaczy i popatrzyła na wyświetlony obraz. – Widzimy wycięty w powłoce brzusznej kobiety otwór, w którym Bohner umieścił ikrę. Tego… działania również nie da się wytłumaczyć inaczej niż tylko tym, że… mówiąc w wielkim skrócie, Bohner chciał jak najdłużej utrzymać ofiary na granicy śmierci. Chodziło mu o  to, że dla każdego żywego organizmu, czyli również dla człowieka, czas trwania na granicy śmierci będzie różny. Każdy zbliża się do niej w inny sposób. Ten aspekt, jak się wydaje, był dla Bohnera bardzo istotny. Tak, odnosiliśmy wręcz wrażenie, że bliskość śmierci wywoływała w nim coś w rodzaju podniecenia seksualnego. Innymi słowy, w pewien sposób próbował przybliżyć śmierć, by następnie, kiedy ofiara już… – Mówczyni odwróciła się z powrotem do audytorium i zaznaczyła palcami cudzysłów – …migotała, jak to się określa u pacjentów z porównywalnymi obsesjami… A zatem próbował połączyć się z  ofiarą, kiedy już migotała. W znaczeniu interakcji seksualnej, w momencie, gdy ofiara znajdowała się na skraju śmierci.  – Milczała przez chwilę, z  namysłem wodząc wzrokiem po zebranych. – Ten moment zjednoczenia jest niejako jądrem czy też punktem zbiegu świata myśli i fantazji Jeffa Bohnera  – podjęła w  końcu.  – Chciał posiąść swoje ofiary seksualnie, podczas gdy staczały się one ku śmierci. Dlatego tak pedantycznie pilnował, by jak najbardziej opóźnić moment zgonu. Jakby chciał zsynchronizować ten punkt z  własnym szczytowaniem. Jakby chciał penetrować ofiarę równocześnie ze śmiercią.
Jakby chciał sam tę śmierć – jeśli wyobrazimy sobie śmierć jako postać, która w chwili zgonu bierze ofiarę w  posiadanie  – a  zatem jakby chciał sam seksualnie wejść w tę postać.

Paul nadal wbijał spojrzenie w  zainfekowaną ranę. Odnosił wrażenie, że jego twarz jest trochę odrętwiała. Jakby była do niej przyszyta druga skóra. Jakby końcówki synaps nie docierały do zewnętrznej warstwy.

– Przepraszam  – usłyszał swój własny głos, docierający jakby z  zewnątrz  – czy mogłaby pani… to zdjęcie…

– Tak? – Kobieta przy pulpicie skierowała na niego wzrok.

– Czy mogłaby pani usunąć z ekranu to zdjęcie? Jest bardzo niepokojące.

Paru innych słuchaczy odwróciło się w jego stronę.

Czy to kołysanie promu? Statek tak falował, że Paul poczuł się, jakby jego żołądek szybował. Kobieta mówiła dalej, ale on nie zwracał już na nią uwagi. Chwycił mokry plecak, wstał i  niepewnym krokiem skierował się ku wyjściu. Otworzył ciężkie, przeszklone drzwi i  wyszedł na zewnątrz. Oparł się o  reling i głęboko wciągnął w płuca chłodne nocne powietrze.

– Paul, wszystko w porządku? Źle się pan czuje?

Zamrugał. Obok przechylała się przez burtę Constance.

– Nie. Dziękuję, wszystko w porządku…

– To mocne zdjęcia, wiem. – Popatrzyła na niego ze współczuciem. – Sugerowałam Kate, że nie wszyscy chcą oglądać takie szczegóły. Ale ona była zdania, że koloryzowanie czegokolwiek nie byłoby właściwe.

Paul przejechał dłonią po ustach i popatrzył w otchłań. Kadłub statku rozcinał spienione migotliwe fale.

– Kate brała udział w  śledztwie, wie pan? Kate Myerson. Myśleliśmy, że to może być ciekawa rzecz, gdyby przygotowała coś w rodzaju wykładu o okolicznościach zbrodni.

– Tak… jasne.  – Kiedy statek przechylał się na boki, reling delikatnie wrzynał się w brzuch Paula.

– Powinna zaraz skończyć. Potem parę słów powie Beth. Beth Hoffman. Zna ją pan?

Rybia ikra w brzuchu, wkładanie ikry pod powłokę…

– Hoffman? Tak… To znaczy nie osobiście, słyszałem tylko jej nazwisko.

– Dwa lata temu wydała publikację poświęconą różnym zbrodniarzom z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ale też Bohnerowi. Bardzo nam pomogła przy koncepcji parku. Poprosiliśmy ją, żeby umieściła go w kontekście historycznym. Ma ze sobą materiał filmowy, ale myślę…

– Constance, serio, zaraz wrócę do środka, proszę się mną nie przejmować. – Paul popatrzył w ciemnobrązowe oczy kobiety. – Czuję się dobrze. – Odetchnął głęboko. Świeże morskie powietrze podziałało orzeźwiająco. W  kabinie panował taki zaduch, że zrobiło mu się słabo; teraz czuł się o wiele lepiej.

– Okay. – Uśmiechnęła się. – Powinniśmy wkrótce dotrzeć na miejsce. Za jakieś dwadzieścia minut.

Skinął głową. Constance wróciła do kabiny.

Zatrzymał wzrok na plecaku złożonym u swych stóp. Podniósł go, oparł o barierkę i rozsunął suwak. W  środku oprócz ubrania na zmianę znajdowała się teczka. Wyjął ją i otworzył. Było w niej kilka zszytych spinaczem stron zapełnionych tekstem, wielkoformatowe błyszczące fotografie, a nawet długopis. Teczka dla mediów z materiałem informacyjnym, którą przysłała mu Constance.

„Murder Park”. Logo było wyraźnie widoczne na wszystkich prospektach i  na długopisie. Pod spodem widniał tytuł „Twój weekend z zabójcą”. Najwyraźniej takie było hasło reklamowe będące częścią znaku firmowego.

Paul przerzucił kartki. Do formularza ze zgodą, którego kopię musiał podpisać, aby zwolnić organizatora ze wszelkich roszczeń z tytułu odpowiedzialności, podpięto kartkę z  kilkoma słowami powitania. Przebiegł wzrokiem linijki i przeskoczył do końca tekstu.

Podpisano: „Wasz Rupert Levin”.

Paul odwrócił kartkę. Jego oczom ukazała się błyszcząca fotografia wyspy w  blasku słońca. Strome wybrzeże pod oślepiająco błękitnym niebem.

Zauważył, że jego dłoń, trzymająca kartkę, lekko drży. Zdjęcie słonecznej wyspy rozmyło mu się przed oczami. Mimowolnie przejechał wolną ręką po czole, jego ramionami wstrząsnął dreszcz. Paul, nie!, usłyszał całkiem wyraźnie. Zostań w swoim pokoju, Paul! Na miłość boską! NIE!


Informacja od Wydawcy