John Lewis-Stempel – Prywatne życie łąki [recenzja]

prywatne

Czy miewacie czasem momenty klarowności, kiedy przystajecie na chwilę i podziwiacie jakiś drobiazg; grę światła na drodze, trawę poruszaną wiatrem, liście spadające z drzew? Gdy dociera do Was na ułamek sekundy doskonałość świata nas otaczającego, tylko ułamek, nim zostaniecie zmuszeni popędzić dalej?

 

 

 

Współdzielona intymność

Przedłużeniem tejże sekundy w prywatną nieskończoność (trwającą dokładnie tyle, ile lektura recenzowanego tytułu) jest właśnie treść Prywatnego życia łąki. To spowiedź pilnego i cierpliwego obserwatora natury – całoroczna, podzielona na miesiące, a nawet poszczególne dni. Przerzucając kartki książki, trafić możemy do prostego i zarazem bardzo skomplikowanego świata natury. Autor zdaje się posiadać ogromną wiedzę na temat wypatrywanych przezeń zjawisk czy gatunków roślin i zwierząt. Zatem na paręset stron możemy przenieść się do świata, za którym sami tęsknimy, zmęczeni trującym oddechem miasta. Jednakże gdyby książka przedstawiała tylko suche fakty, nie byłaby specjalnie porywająca. Na szczęście znaleźć tu można wiele więcej.

Uwiedzeni w pole

Miłość twórcy tego swoistego pamiętnika do tytułowej łąki jest trudna do przeoczenia. Pisze z dużą dozą czułości na wszystkie poruszane tematy, a przy tym potrafi wpleść dużo ciekawostek, które dodatkowo przyciągają czytelniczą uwagę. Od zwyczajów polnych i rolnych, do masy informacji na temat napotykanej fauny i flory. Czym więc jest Prywatne życie łąki? Połączeniem książki przyrodniczej i pamiętnika? Pamiętnika, w którym westchnienia do kochanki ustępują westchnieniom ku pięknu przyrody – może tak.

Pełne koło

Nie ukrywam, że trudno mi zachować pełnię obiektywizmu wobec książki tak bliskiej mojej własnej mentalności.
Sam mieszkam na terenach niemalże wiejskich i uwielbiam obserwować okruchy natury – jednak wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu ten tytuł tak, jak mi. Trzeba po prostu przepadać za taką tematyką. Trudno mi się przyczepić do sposobu, w jaki wszystko to zostało przedstawione. Pierwsze, styczniowe historie czytało mi się równie przyjemnie co ostatnie, grudniowe (jak wyżej, pełne koło). Pozytywny wpływ na całokształt odbioru ma też forma wydania książki – zarówno papier, jak i okładka są nadrukowane na bardzo przyjemnej fakturze. Szkice i ozdobniki dodają jej charakteru zielnika, czy też wyżej wspomnianego pamiętnika.

Podsumowując – dzieło spodoba się każdemu, kto chciałby uciec od miasta, a w danym momencie nie ma ku temu fizycznej sposobności. Obiektywnie – przyjemna lektura. Subiektywnie – polecam z całego serca.