Nie interesują mnie motywy, tylko ślady… Recenzja „Kolekcjonera kości” Jeffery’ego Deavera

0
20
Kolekcjoner kości

Zakrwawiona ręka znaleziona niedaleko torów kolejowych. Mroczna historia Nowego Jorku. Błyskotliwy morderca. Wybitny profiler. Czyli Kolekcjoner kości Jeffery’ego Deavera.

Jeszcze kilka lat temu Lincoln Rhyme był głównym kryminalistykiem nowojorskiej policji i wybitnym profilerem, który, zdawałoby się, potrafi rozszyfrować każdego przestępcę. Niestety, w wyniku wypadku został niemal całkowicie sparaliżowany i tym samym jego kariera poszła w odstawkę. Wegetacja i depresja sprawiają, że Rhyme znajduje lekarza gotowego pomóc mu w popełnieniu samobójstwa… Jednak, zanim profiler podejmie ostateczną decyzję, weźmie udział w kolejnym śledztwie. Razem z byłymi kolegami po fachu spróbuje dorwać mordercę, który wzoruje się na zmarłym lata temu Jamesie Schneiderze, czyli tytułowym Kolekcjonerze kości. Jego prawą – i lewą – ręką oraz oczami będzie policjantka Amelia Sachs. 

Czy uda im się rozszyfrować wskazówki, które pozostawił zabójca? Czy uratują kolejne ofiary? Kto jest nowym Kolekcjonerem kości? Jak zakończy się to śledztwo? A relacja Lincolna i Amelii? Czy będą dla siebie tylko współpracownikami, czy może kimś więcej? 

Zapowiadało się dobrze…

Z historią Kolekcjonera kości zetknęłam się dawno temu, kiedy trafiłam na film z Angeliną Jolie i Denzelem Washingtonem. Zarówno wtedy, jak i teraz spodobał mi się koncept mordercy z obsesją na punkcie pewnego rozdziału w historii Nowego Jorku. Czytanie o wydarzeniach z przeszłości miasta Wielkiego Jabłka i ich współczesnych odpowiednikach było bardzo ciekawe. Tak samo obserwowanie analogii między działaniami obydwu Kolekcjonerów kości. Zakończenie było bardzo zaskakujące – nie spodziewałam się go, stąd duży plus dla Jeffery’a Deavera.

Warsztat – lub jego brak?

To, co mi się nie podobało, to styl pisania. Przez większość książki wydarzenia były opisywane bardzo beznamiętnie – chyba że autor przedstawiał czytelnikowi miejsce zbrodni i sposób śmierci ofiar. Opisy ludzi obdartych z mięsa aż do kości lub zmarłych w wyniku poparzeń od pary były tak makabryczne, że trudno się je czytało. Deaver nie szczędził szczegółów na temat śladów, miejsca przestępstwa, ofiar czy samego śledztwa. Jednak w momencie, kiedy miał opowiedzieć, na przykład, o akcji ratunkowej, to robił to po łebkach. Miałam wrażenie, że pisarz koncentruje się na najmniejszych detalach ludzkiego ciała w trakcie rozkładu, miejsca popełnienia przestępstwa, ubioru Amelii Sachs czy innych szczegółach, a po macoszemu traktuje, chociażby, sceny akcji ratunkowych. Uważam, że zamiast skupiać się na tak nieistotnych błahostkach, jak to, że Amelię swędzi skóra pod biustem, kiedy nosi kamizelkę kuloodporną, Jeffery mógł poświęcić więcej uwagi samej akcji czy opisom zachowań ofiar.

A propos… Co, zdaniem autora, robi ofiara, kiedy zostaje porwana przez psychopatę? Płacze albo próbuje krzyczeć. Wyjątkiem jest Carol Ganze. Jednak ona jest całkiem inną postacią, z kompletnie innymi motywacjami i charakterem, który najlepiej został ukazany podczas finału… 

Nie przemawiał też do mnie „geniusz Rhyme’a”. Koncepcja profilera, który każe Amelii odciąć ofierze dłonie, żeby je zbadać czy zajmuje się pochodzeniem liścia z miejsca zbrodni była dla mnie zbytnim rozmienianiem się na drobne. Dodatkowo, sposób rozumowania śledczych, w tym Lincolna, który tylko spojrzał na dany ślad i poprzez pokrętne skojarzenia doznał olśnienia, wydawało mi się mocno naciągane – nawet w przypadku fikcji literackiej… Przez takie podejście ta powieść bardzo mi się dłużyła. Co jest pewnym paradoksem, biorąc pod uwagę te fragmenty napisane po łebkach… Z jednej strony, niepotrzebne brnięcie w szczegóły, z drugiej – pisanie na „odczepnego”.

Kilka słów o bohaterach

Nie podobali mi się również bohaterowie – poza Amelią Sachs. Ona jest „kobietą z jajami”, nie bojącą się podejmować ryzyka, ale jednocześnie potrafi kierować się zdrowym rozsądkiem. Rhyme mnie denerwował – głównie przez to, że miał ofiary w głębokim poważaniu. Obchodziły go jedynie ślady i sposób działania zbrodniarza, co doskonale pokazała scena ze szczurami… Drażnił mnie również Dellray, zadufany dupek z FBI. Pozostali bohaterowie byli albo nieinteresujący, albo ślepo zapatrzeni w Rhyme’a – wielkiego profilera i geniusza… 

Podsumowanie

Reasumując, nie spodobał mi się Kolekcjoner kości. Sam pomysł był bardzo ciekawy. Jedyną postacią, którą dało się lubić, była Sachs. Nie podpasował mi za to kompletnie styl Deavera. Wydaje mi się, że gdyby ktoś o odmiennym warsztacie zabrał się za tę historię, zostałaby ona przedstawiona w bardziej interesujący sposób. A w tym przypadku oceniam tę książkę jako przypadek zmarnowanego potencjału. Niestety…

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments