Mistycyzm, smoki i dramaty, czyli Złotoskóry (I)

Złotoskóry

Poznajcie książkę, której bohater odczuwa rozczarowanie częściej niż jej czytelnik, a fantasy miesza się z dworskim dramatem. Oto pierwszy tom trylogii Złotoskóry: Misja Błazna. Kto mógł wykreować tak doskonały świat i zarazem dziwaczny tytuł, jak nie sama Robin Hobb?

Dwanaście lat minęło od czasu wydarzeń z Trylogii Skytobójcy. Jeżeli jej nie czytaliście, zachęcam do powrotu do recenzji dopiero po lekturze poprzedzających Złotoskórego książek. Lub przynajmniej poznania ich recenzji, żeby mieć wgląd na to, co tu właściwie się wyprawia, i o czym ten redaktor wypisuje:

Początek książki budzi skojarzenia z Tehanu (cykl Ziemiomiomorze) Ursuli Le Guin. Otóż główny bohater – Bastard, teraz zwany Tomem Borsuczowłosym – ma już za sobą lata młodzieńczych zmagań z całym światem. Dojrzał. Jego światopogląd, podobnie jak w przypadku leguinowskiego Geda, stał się bardziej cyniczny, zdystansowany i refleksyjny. Ta wyraźna zmiana w stylu bycia, połączona z ciężarem przeszłości na jego barkach, przynosi wiele satysfakcji śledzącego jego losy weteranowi serii. Dlaczego? Ta zmiana wyklucza największą wadę poprzedzającej Złotoskórego trylogii, czyli doprowadzającą czasem do szewskiej pasji głupotę protagonisty.

Każdy szczegół ma znaczenie

Ponownie daje się mocno odczuć to, jak kunsztownie Robin Hobb wykreowała mieszkańców Królestwa Sześciu Księstw. Choć jej warsztat też zasługuje na uznanie, to jednak ta chwalona przeze mnie już w przypadku jej poprzednich książek więź emocjonalna z bohaterami robi tu najwięcej. Dostrzec to można w pierwszej połowie lektury. Jej introspektywny charakter pokazuje, jak ważny dla autorki jest portret psychologiczny Bastarda. Przywiązanie do szczegółu nie przeszkadza jednak rozwijającej się w tle opowieści na wielką skalę. Niezależnie, czy postać jest świadkiem dramatów z życia wziętych, czy magicznych zjawisk i narastających napięć obejmujących całe Królestwo, wszystkie te wątki są do siebie naprawdę nieźle dopasowane.

Z podobnym poziomem “od ogółu do szczegółu” zetknąłem się ostatnimi czasy jedynie u Brandona Sandersona, a to komplement sam w sobie (mówiąc „ostatnimi czasy” nie mam na myśli lat dzielących od wydania danych książek, a to, w jakiej kolejności sam je czytam).

Od bohatera do kóz eksportera

Można by zarzucić książce, że za wolno się rozkręca. Przez długi czas obserwujemy codzienność w życiu Bastarda. Jego pustelniczy tryb życia, w którym towarzyszy mu na dobrą sprawę jedynie wilczy brat. Ale to właśnie dzięki powolnemu wprowadzeniu w akcję, można płynniej wczuć się w całą historię. Bowiem mimo zmiennej skali powieści, pierwszy tom Złotoskórego znakomicie zanurza czytelnika w swój świat. Jest tu wszystko za co tysiące czytelników pokochało Skrytobójcę: bogate, wielowątkowe uniwersum, mistrzowsko wykreowani bohaterowie i niewiele błędów logicznych. Tylko w jeszcze lepszej formie, niż wcześniej. Użyłem podobnego określenia już przy trzecim tomie Trylogii Skrytobójcy – i tak, tu widać jeszcze większy kunszt autorski.

Igraszki losu 

Wszystko nabiera rumieńców po wizycie tajemniczej wróżki w progach Bastarda. Nie mija wiele czasu, a poznajemy tytułowego Złotoskórego. Jego tożsamość z pewnością musi wywoływać uśmiech na twarzy każdego, kto zna przeszłe losy głównego bohatera. Od tego czasu tempo już nie zwalnia. Nim jeszcze protagonista opuszcza swoje zacisze, raz, że zabiera on czytelnika wspomnieniami w liczne zakątki Królestwa, dwa, jest notorycznie odwiedzany przez kolejne postaci. A dalej – sama przygoda na przygodzie, plot twist za plot twistem. Bez zbędnych spoilerów, Bastard jest wciągnięty w istne śledztwo, które prędko przeradza się w intrygę. Kolejne postaci i odwiedzane przez niego miejsca dają więcej odpowiedzi, niż pytań.

Pierwszy tom Złotoskórego trzyma w napięciu – składają się na nie kolejno: widmo nieuchronnego losu wiszącego nad bohaterem, jego konflikty wewnętrzne i nieoczekiwane zwroty akcji. Los gra tu zresztą istotną rolę. Cała powieść odwołuje się do motywu wiecznego ścierania się z własnym przeznaczeniem, którego koniec końców i tak nie da się uniknąć.

Czy protagoniści wiecznie będą naiwniakami?

Minusem niektórzy mogliby tu nazwać nie taką znów dużą ilość nowych w serii elementów. Oczywiście jest tu magia (i tzw. rozumienie), dziwne istoty, żywostatki- fantasy pełną gębą – ale większość z wymienionych poznaliśmy już w Trylogii Skrytobójcy. Jednak to kreacja skonfliktowanego bohatera i dbałość o wiarygodny charakter każdej z przewijających się postaci są tu elementem, który wynagradza jakąkolwiek powtarzalność. Nawet, gdy akcja powieści (uwaga, lekki spoiler) powraca na królewski dwór. Idąc dalej, momentami trącała mnie naiwność protagonisty. Co prawda, jak wspominałem wcześniej, stanowi on dojrzalszą i inteligentniejszą postać od tej jaką znaliśmy z poprzednich książek. Wciąż jednak ma on czasem problem z powiązaniem oczywistych faktów. Na szczęście – dla nas i jego – tylko sporadycznie.

Werdykt – Złotoskóry, tom 1 (zwany Misją Błazna) to dobra powieść fantasy. Napisana w taki sposób, by dotknąć zarówno dojrzałego weterana serii i osobę z fantastyką nie mającą za wiele wspólnego. Świetne postaci, historia i lore świata wciągają jak bagno. A już na pewno lektura niniejszej książki jest obowiązkiem dla osób zaznajomionych z poprzedzającą ją trylogią.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o