Rebecca F. Kuang to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk współczesnej literatury fantastycznej – i jedno z najlepiej sprzedających się. Autorka zdobyła prestiżową nagrodę Nebula i podbiła serca czytelników trylogią, od której rozpoczęła swoją przygodę ze światem wydawniczym. Każda z jej dotychczasowych książek osiągnęła sukces komercyjny. Nic więc dziwnego, że szósta powieść, Katabaza, była tytułem wyczekiwanym zarówno przez fanów, jak i krytyków. Ci pierwsi w dużej mierze się zawiedli. Ci drudzy odświeżyli mitologię grecką, dzieło Dantego i kilka innych klasyków, po czym zasiedli do pisania recenzji.
Szkoła Magii i Czarodziejstwa, a raczej Wydział Magii Analitycznej w Cambridge
Na wydziale magii Uniwersytetu w Cambridge dochodzi do wypadku, w którym ginie światowej sławy mag – Jacob Grimes. Znany z dokonań, które przyczyniły się m.in. do wygrania wojny, pozostawia po sobie niedokończone sprawy. Jego doktoranci zostają bez rekomendacji, co oznacza, że lata pracy u boku apodyktycznego promotora mogą pójść na marne. Szukanie nowego opiekuna naukowego byłoby zbyt proste. Alice i Peter decydują się na katabazę. Za pomocą pentagramu i zaklęć schodzą do piekła, by sprowadzić Grimesa z powrotem do świata żywych.
Ona i on, niebo i grom
Alice i Peter to duet, który z pozoru idealnie wpisuje się w popularny trop enemies to lovers. Dwa genialne umysły. Dwa talenty. Rywale od pierwszego semestru, nieustannie porównywani i szczuci na siebie przez środowisko akademickie. Między nimi musiała narodzić się nienawiść, a skoro narodziła się nienawiść to trzeba było upchnąć gdzieś też miłość.
Problem w tym, że ich relacja nie ma solidnych fundamentów. W świecie Katabazy nie istnieją inni potencjalni partnerzy, więc połączenie tej dwójki wydaje się fabularną koniecznością. Chemii między nimi nie ma niemal wcale. Nawet dramatyczne sceny nie wywołują oczekiwanych emocji. Co więcej – uczucie mogłoby w ogóle nie istnieć, a powieść prawdopodobnie tylko by na tym zyskała.
Niespecjalnie tu gorąco
Wygląda to tak, jakby Kuang bardzo chciała dodać do swojej naszpikowanej akademickimi formułkami książki nieco lekkości i przyciągnąć czytelników romansów. Problem w tym, że Katabaza romansem nie jest i obok prawdziwych powieści o miłości nawet nie stała.
Najlepiej dowodzi tego budząca politowanie scena, w której bohaterowie zasypiają pod jednym kocem. Aż chciałoby się powiedzieć, że gdzieś już się to widziało, bowiem „było tylko jedno łóżko” to dobrze znany, ale niewyszukany zabieg mający w powieściach o rodzącym się uczuciu jakoś zbliżyć do siebie bohaterów niewygodnymi okolicznościami. Najgorsze jednak dopiero przed nami, bo skoro zasnęli to muszą się też obudzić, a Peter budzi się z erekcją. Sytuacja staje się niezręczna nie tylko dla bohaterów, ale i dla czytelnika. Ten rozdział bardziej przypomina fanfiction niż fragment powieści, w której bohaterowie właśnie zeszli do piekła.
Wstęp do logiki
Za mało piekielne to piekło. A momentami – piekielnie nudne. Poza pierwszymi kręgami, które stanowią ciekawą analogię do świata akademickiego, niewiele jest tu w stanie zaskoczyć. Rzeka Zapomnienia, komnata władcy piekieł czy kolejne poziomy, przez które przechodzą bohaterowie, szybko zamieniają się w przewidywalne sekwencje.
Można by jeszcze dać się ponieść akcji, gdyby nie nieustanne info dumpy. Kuang ewidentnie nie potrafiła zrezygnować z materiałów zebranych podczas researchu. Każda ciekawostka – dotycząca mitologicznych bohaterów czy renesansowych myślicieli – musiała znaleźć swoje miejsce, nawet kosztem tempa narracji. Autorka, związana ze środowiskiem akademickim, powinna wiedzieć, że zarówno w eseju, jak i w powieści, sztuką jest czasami rezygnacja. Nadmiar wiedzy nie zawsze oznacza lepszą literaturę. Podobny zarzut pojawiał się już przy Babel. W tej sferze niewiele się zmieniło.
Don’t you know that you’re toxic?
Bohaterowie mają jeszcze jeden problem – niemal nie istnieją poza akademią. Poza krótkim wątkiem dotyczącym zdrowia Petera niewiele dowiadujemy się o ich życiu poza murami Cambridge. Argument za tym, że oboje są tak oddani nauce, że właściwie praktycznie nie istnieją w innym świecie, działa tu na niekorzyść, bo nikt nie lubi aż tak niewiarygodnych bohaterów. Postacie stają się jednowymiarowe i poza tym, że są mądrzy wiemy o nich niewiele więcej.
Relacja z profesorem również pozostawia niedosyt. Już od początku wiadomo, że nie trafił do piekła przypadkowo. Dynamikę promotor-doktoranci można by podsumować piosenką Toxic Britney Spears (óoż za przypadek, że mowa w niej o diabelskich przedmiotach).
Problemem jest tu toporność. Kuang nie ufa czytelnikowi. Zamiast pozwolić mu wyciągać wnioski, dopowiada wszystko wprost, często podciągając sytuacje do ekstremum. Brakuje jej subtelności, nie umie delikatnie tylko podsunąć interpretacji, ona musi dać nią czytelnikowi w twarz.
Niezrozumiałe jest również zachowanie Alice. Choć dostrzega toksyczność systemu akademickiego, nie potrafi się od niego odciąć. Wie, że dyskryminacja i seksizm mają się tu dobrze i nie przeszkadza jej to, dopóki nie wpływa to bezpośrednio na jej osobę. Ciągnie ją do tego akademickiego zepsucia, marzy o tym by wyzbyć się potrzeb ciała, które tylko ją ogranicza, by mogła w spokoju skupić się na tym, co „wyższe”. Sprawia to, że Alice jest bohaterką, której po prostu nie da się lubić, trudno jej więc też kibicować. To trochę dziwne w kontekście tego, że Alice jest właściwie odbiciem… samej Kuang.
Od Orfeusza, przez Eneasza, po Odyseusza
Złośliwi powiedzą, że Kuang umie pisać tylko sobie. Moim zdaniem to spora przesada, ale faktem jest, że nie za bardzo potrafi się ona postawić w pozycji bohatera zupełnie od siebie oderwanego. W Yellowface wszystko działa, ponieważ jej własne doświadczenie, pochodzenie i kariera stanowią fundament powieści. W Katabazie podobny zabieg jest bardziej problematyczny. Kuang otwarcie przyznaje w wywiadach, że Alice i Peter są inspirowani nią samą i jej mężem (do tego stopnia, że Peter ma dokładnie tę samą zdrowotną przypadłość, co jej wybranek serca). Katabaza to więc z jednej strony historia o tym jak to system szkolnictwa wyższego jest okropny, a z drugiej strony laurka dla jej ukochanego, który przeżywał wraz z nią bezsenne noce pisząc swój doktorat.
Motyw akademii i bohatera chińskiego pochodzenia powraca zresztą kolejny raz. W Babel młody chłopak z Kantonu odkrywa brutalność imperializmu. W Wojnie makowej Rin, mieszkanka krainy stylizowanej i inspirowanej Chinami, trafia do akademii wojskowej i przekonuje się, że wojna jest zła. Teraz znów mamy uczelnię i system, który okazuje się opresyjny. To już nie przypadek, a powtarzalny schemat.
Paradoksy
Autorka popada w skrajności. Są w tej książce fragmenty, które spokojnie można by wyciąć, ale które jednak Kuang decyduje się zostawić, bo włożyła w nie dużo pracy. Największy problem pojawia się w finale. Nagle na bohaterkę spada klasyczny deus ex machina, a znikąd pojawia się równie klasyczny MacGuffin. Wszystko to wbrew wcześniejszym decyzjom postaci. Zakończenie sprawia wrażenie pośpiesznego i niedopracowanego, tak jakby Kuang zabrakło czasu na wymyślenie czegoś lepszego i szybko chciała już zakończyć powieść.
Równie rozczarowujące jest to, że poświęcenie wymagane przy wejściu do piekła ostatecznie okazuje się niemal bez znaczenia. Konsekwencje zostają złagodzone, jakby autorka nie chciała pozwolić bohaterom zapłacić ceny, której przecież byli świadomi.
Katabaza – zmarnowany potencjał czy książka dla inteligencji?
Fani Kuang ponownie się podzielili. Jedno jest pewne – tych, których nie zachwycił Babel, Katabaza raczej nie przekona.
To nie jest zła książka. Początek jest bardzo obiecujący, system magiczny zapowiada się interesująco, a sam pomysł miał ogromny potencjał. Ciekawie rozwiązano też problem antagonistów z piekła, czyli rodziny Kripków.
Ten tytuł nie jest „za trudny” dla przeciętnego odbiorcy, a i takie głosy pojawiają się w dyskusjach internetowych wokół twórczości Kuang. Można dobrze znać literaturę antyczną i mieć za sobą pierwsze zajęcia z logiki, a i tak się rozczarować. Problem w tym, że zabrakło umiaru i redakcyjnej dyscypliny. Ambicja nie zawsze idzie w parze z literacką precyzją. Katabazie brakuje dopracowania, równowagi i zaufania do czytelnika. Czasem mniej naprawdę znaczy więcej.
Zachęcamy do zapoznania się z recenzją książki Złotowłosa.


![„Córeczka” Romy Hausmann – thriller wstrząsający emocjami [recenjza] Córeczka](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/02/CYMERA_20260213_081915-218x150.jpg)
