„Artemis” Andy’ego Weira, czyli witajcie na Księżycu! [recenzja]

Trzy lata po sukcesie Marsjanina Andy Weir powraca z nową książką. Artemis zabiera nas prosto na Księżyc.

Księżyc to naprawdę mało bezpieczne miejsce. Roi się tu od morderców, przemytników i… Jazz Bashary. Tej ostatniej powinniście się najbardziej obawiać. Jest bystra, ma mnóstwo znajomości, sprytu i długów oraz niewiele pieniędzy, dla których z kolei jest w stanie naprawdę wiele zrobić. Marzy o beztroskiej, zamożnej przyszłości, więc kiedy pojawia się okazja sporego zarobku, nie waha się zbyt długo. W ten sposób wplątuje się w poważną polityczną grę, występując w niej najpierw jako pionek, a potem jako cel groźnych morderców. Dodajcie do tego demony przeszłości, konflikty z ojcem i prawem, księżycowe miasto i sporą dawkę ironii. Przed państwem Artemis!

 

Akcja powieści toczy się sto lat po lądowaniu pierwszych ludzi na Księżycu. Główna bohaterka, Jazz, przeprowadziła się tutaj w wieku 6 lat. Nie wyobraża sobie życia na Ziemi, choć wraz z jednym z jej mieszkańców udało jej się stworzyć świetnie prosperującą, drobną siatkę przemytniczą. Jazz nie cieszy się nieposzlakowaną opinią, dzięki czemu stanowi doskonałego partnera do nielegalnych interesów.

Samo księżycowe miasto jest dokładnie takie, jak można by się spodziewać – wypełnione tlenem szczelne bańki, we wnętrzu których kwitną syntetyczne parki i życie lunatyków. Mieszkańcy Księżyca dzielą się na biednych i bogatych. Jedni jedzą sproszkowaną pulpę z alg, drudzy wydają miliony gitów (lokalna waluta) na przetransportowanie z Ziemi skórzanej kanapy do swej willi.

Największą karą za dokonane tutaj przewinienia jest deportacja na Ziemię, która dla większości kończy się zapadnięciem na chorobę grawitacyjną i śmiercią. Porządku pilnuje tu Rudy, ktoś na kształt oficera moralnej policji, amator dawania w gębę łamiącym powszechne prawa damskim bokserom, złodziejom itp.

Autor z uporem maniaka przez całe 357 stron próbuje przekonać nas, że to wszystko ma sens. I, co istotne, czasem naprawdę mu się to udaje. A czasem najzwyczajniej w świecie zanudza czytelnika wieloakapitowym opisem mniej lub bardziej skomplikowanej aparatury, przewodów i procedur.

Największym atutem Artemis jest niewątpliwie skala wyobraźni autora. Skonstruowanie tak rozległej makiety księżycowej rzeczywistości budzi szczery podziw. Z kolei zaś najsłabszym punktem wydaje się język. Dialogi noszą w sobie zbyt wiele toporności, a myśli głównej bohaterki często brzmią niebywale sztucznie.

Andy Weir to doskonały przykład autora „ekranowego”. Brnąc przez kolejne strony książki, nie sposób nie ulec wrażeniu, że zobaczenie tej historii na dużym ekranie byłoby naprawdę wspaniałym doznaniem, zapewne dużo bardziej satysfakcjonującym niż przedzieranie się po raz setny przez naukowy opis działania takiej a takiej maszyny. Książka lekka, wciągająca, w sam raz na dwa deszczowe popołudnia.