Jeszcze kilkanaście lat temu lęk przed tym, że coś ważnego dzieje się bez naszego udziału, nie miał swojej nazwy. Dziś funkcjonuje jako FOMO – skrót od „fear of missing out” – i stał się jednym z najczęściej używanych pojęć w kontekście mediów społecznościowych. W czasach nieustannego dostępu do internetu, relacji na żywo i powiadomień wyskakujących co kilka minut, coraz więcej osób przyznaje, że odczuwa napięcie, gdy nie sprawdza telefonu lub widzi, że inni „robią coś więcej”. Czy jednak FOMO to rzeczywiście nowy problem społeczny, czy raczej nowe określenie dla zjawiska, które istniało od dawna?
FOMO w erze mediów społecznościowych
FOMO najczęściej łączy się z rozwojem platform takich jak Instagram, Facebook czy TikTok. To właśnie tam użytkownicy na bieżąco obserwują fragmenty życia innych: wakacje, imprezy, sukcesy zawodowe, idealne relacje. Problem polega na tym, że w mediach społecznościowych pokazuje się głównie wycinek rzeczywistości – ten najbardziej atrakcyjny. Codzienność, nuda i porażki zazwyczaj pozostają poza kadrem.
Stałe porównywanie się z innymi może prowadzić do poczucia, że własne życie jest mniej ciekawe, mniej intensywne, mniej „warte pokazania”. W efekcie pojawia się presja, by nie wypaść z obiegu: być na każdej imprezie, znać każdy trend, obejrzeć najnowszy serial tuż po premierze. Lęk przed wykluczeniem nie dotyczy już tylko realnych spotkań, ale także wirtualnej obecności. Brak reakcji pod postem czy nieobejrzenie relacji znajomych może budzić nieproporcjonalnie silne emocje.
Nie bez znaczenia pozostaje też mechanizm powiadomień. Aplikacje projektowane są w taki sposób, by jak najdłużej zatrzymać użytkownika. Każde „lubię to”, komentarz czy nowa wiadomość uruchamia krótkotrwałe poczucie nagrody. Gdy tego brakuje, pojawia się niepokój. W tym kontekście FOMO przestaje być jedynie modnym hasłem, a zaczyna przypominać realne wyzwanie związane z higieną cyfrową.
Nowy problem czy stary lęk w nowym wydaniu?
Choć termin FOMO zyskał popularność dopiero w XXI wieku, sam mechanizm nie jest całkowicie nowy. Ludzie od zawsze obawiali się wykluczenia z grupy. W przeszłości brak zaproszenia na ważne wydarzenie czy pominięcie w towarzyskiej rozmowie również wywoływały dyskomfort. Różnica polega na skali i intensywności. Dziś informacje o tym, że coś nas omija, docierają natychmiast i wielokrotnie w ciągu dnia.
Współczesne tempo życia dodatkowo wzmacnia to zjawisko. Kultura produktywności i sukcesu sprawia, że wolny wieczór spędzony w domu bywa postrzegany jako strata czasu. Odpoczynek przegrywa z poczuciem, że zawsze można robić coś bardziej rozwijającego, ciekawszego, bardziej „instagramowego”. W efekcie nawet chwile relaksu przestają być wolne od napięcia.
Z drugiej strony, coraz częściej mówi się także o JOMO – „joy of missing out”, czyli radości z odpuszczania. Świadome wyłączanie powiadomień, ograniczanie czasu w sieci czy wybieranie kilku relacji zamiast setek wirtualnych kontaktów to odpowiedź na przeciążenie informacyjne. To pokazuje, że FOMO nie musi być nieuniknionym skutkiem współczesności, ale raczej sygnałem, że potrzebna jest większa równowaga.
Syndrom FOMO trudno więc uznać za całkowicie nowy problem społeczny. Bardziej trafne wydaje się stwierdzenie, że to dawne obawy przed wykluczeniem, wzmocnione przez technologię i tempo życia. Skala zjawiska jest dziś większa, a jego konsekwencje – bardziej widoczne. Ostatecznie jednak to nie sama obecność mediów społecznościowych decyduje o nasileniu lęku, lecz sposób, w jaki z nich korzystamy.



