Długa podróż | Where The Water Tastes Like Wine [recenzja]

Jednym z filarów USA jest podróż – mityczne i mistyczne przemierzanie pięćdziesięciu stanów. Czasem w poszukiwaniu większego sensu, a czasem całkowicie bezcelowo, jakby czując oddech na karku. W drodze byli osadnicy, traperzy, kowboje, natywni Amerykanie, uciekinierzy z plantacji, porterzy, weterani, muzycy, imigranci, buntownicy, przestępcy, bitnicy, hipisi; słowem ci, których amerykański sen ominął szerokim łukiem. Im właśnie poświęcone jest Where The Water Tastes Like Wine.

Produkcja Dim Bulb Games nazwać można interaktywną opowieścią, której zamysł jest całkiem prosty. Snujemy się po szkicowej mapie Stanów Zjednoczonych – pieszo, koleją czy łapiąc stopa – i zbieramy historie. Właściwie nic nie ogranicza naszej podróży. Ogólnym celem postawionym przed bohaterem Where The Water Tastes Like Wine jest znalezienie miejsca, gdzie woda smakuje jak wino. Aby to zrobić, musi on przeczesać Amerykę, szukając wskazówek ukrytych w różnorakich narracjach ilustrowanych rysunkami wyjętymi żywcem z prozy Marka Twaina. Zdobywamy właściwie dwa rodzaje narracji. Pierwszy z nich to anegdoty naszego autorstwa, mówiące o wydarzeniach, których byliśmy świadkami lub uczestnikami. Znajdziemy wśród nich ekscytującą opowieść o gwałtownej burzy w pobliżu Nowego Jorku, tragedię mężczyzny, któremu pomagamy znaleźć ciało syna w silosie na zboże, ale także zabawną historyjkę o duchach jazzowej orkiestry dokuczających swoim źle muzykującym następcom.

Drugim typem opowieści są z kolei historie zasłyszane przy ognisku od kilkunastu bohaterów rozsianych po mapie Stanów. Te scenariusze są napisane przez ciekawe postaci związane ze sceną grową, jak Austin Walker (naczelny „Waypoint”) czy Leigh Alexander (publikowała od „Kotaku” po „Variety”). O swoich przejmujących losach opowie nam choćby mały włóczęga Quinn, bluesowa piosenkarka Althea czy bitnik Cassady. Jednak aby poznać ich historię, musimy podzielić się swoimi przeżyciami. Szkopuł leży w tym, że muszą one spotykać się z ich wymaganiami; jeśli chcą posłuchać o czymś zabawnym, znajdujemy w naszym inwentarzu coś żartobliwego, inaczej nici z dowiedzenia się o nich więcej.

Jak Stany długie i szerokie

A warto, bo wymieniona wyżej trójka, jak i inni bohaterowie Where The Water Tastes Like Wine, inspirowana jest realnymi postaciami lub pewnymi figurami związanymi z tożsamością Stanów. Nina Simone, Allen Ginsberg, Huckleberry Finn, ale też dziecko kwiat, osamotniony weteran, latynoski imigrant, mieszkaniec rezerwatu powtykani zostali w karty tej złożonej opowieści. Dim Bulb Games miało więc widocznie zamiar stworzenia epopei poświęconej prawie wiekowi (XIX – XX) z historii USA, w trakcie którego ten zbity z różnych narracji kraj kształtował swoją obecną tożsamość.

I w pewnym sensie udało się to zrobić. Każde kolejne zdanie tej opowieści, które wybrzmiewa ciepłym głosem narratora, czyli samego Stinga, jest taką cegiełką dołożoną do sagi o Ameryce. Co więcej, historie opowiedziane przez nas napotkanym postaciom ewoluują, są opowiadane na nowo przez całkiem nam nieznanych ludzi i nagle okazuje się, że poruszający się na linkach budowniczy mostu to ludzie-ptaki z niebios. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że w Where The Water Tastes Like Wine wcielamy się niejako w Homera, którego przekaz kładzie podwaliny pod całą cywilizację.

Tylko dlaczego zajmuje to tak dużo czasu

Niestety, cały ten piękny proces bywa po prosty nudny. Przejście od punktu A do punktu B zajmuje czasem naprawdę dużo czasu, a nasza postać porusza się pieszo nieznośnie wolno. Jedyne, co przyspiesza jej chód to gwizdanie, ale skonstruowane jest ono jak QTE. Aby iść szybciej musimy jednocześnie trzymać shift i wciskać odpowiednie strzałki. Rozumiem w pełni metaforę trudu podróży, ale przez brak zwykłego trybu biegu Where The Water Tastes Like Wine staje się niemożebnie żmudne. Szczególnie, że bohaterowie, z którymi rozmawiamy także – przecież to wagabundzi – przemieszczają się po mapie i często musimy wracać tam, skąd przyszliśmy.

Podczas podróży samej w sobie także nic się nie wydarza (choć czasem możemy usłyszeć coś ciekawego jadąc pociągiem na gapę) – jedyne czynności, jakie wykonujemy, mają miejsce podczas zbierania historii, czyli aktywowanych przez nas spotkań, które widnieją na mapie jako ikonki. Wtedy często decydujemy czy zaangażować się w daną sytuację, czy pozostać biernym obserwatorem. Odskocznią od żmudnego szwendania się są też miasta, gdzie możemy kupić posiłek czy zarobić trochę grosza. Jednak to tylko kropla w morzu chodzenia.

To ogromny problem Where The Water Tastes Like Wine. Kluczowe element tej gry, czyli właśnie podróż powinno samo w sobie być sensem, a nie przeszkodą pomiędzy jedną historią a drugą. Zresztą nawet ten prosty szkic mapy Stanów, po jakim się poruszamy, aż prosi się o przeczesanie. Szczególnie, że naszym krokom towarzyszy naprawdę ciekawy soundtrack autorstwa Ryana Ike’a (znanego z West of Loathing, którego recenzję znajdziecie TUTAJ). Motyw przewodni gry, jak i piosenka The Vagrant Song, są bowiem przekształcone na różne historyczne style, jak folk, blues czy jazz.

Po 737 słowach przyszedł czas na podsumowanie

Where The Water Tastes Like Wine jest specyficzną produkcją. Wszystkie elementy tej gry: opowieści, muzyka, styl graficzny są w same w sobie doskonałym kreacjami. Jednak brak im porządnego wspólnego łącznika – ciekawej mechaniki podróży. Czyli tego kleju, który zlepiłby poszczególne części i sprawił, że po prostu „dobrze się gra”.

Badacz gier wideo Ian Bogost powołał do życia pojęcie retoryki proceduralnej. W dużym skrócie chodzi w nim o to, że w grach wideo występują modele występujących realnie zjawisk (mechaniki), a gracz wchodzi z nimi interakcje, wykonuje je, wprawia w ruch. Na podstawie tego, jak to się dzieje – ograniczeń, możliwości, czynności – gra przekazuje nam pewne znaczenia. Walka w serii Dark Souls mówi nam, że musimy poznać swojego przeciwnika, a na błędach powinno się uczyć. Zarządzanie ludźmi w This War of Mine pokazuje, że w sytuacjach kryzysowych pozostaje nam tylko wybór mniejszego zła. A podróżowanie w Where The Water Tastes Like Wine niestety rzuca tylko: „Lepiej zostań w domu”.

Grę do recenzji udostępnił Cosmocover. Znajdziecie ją tutaj.

Wszystkie wykorzystane media pochodzą z materiałów prasowych.