Rzeź do potęgi trzeciej – Borderlands 3 [Recenzja]

Borderlands

Borderlands 3 to pewny siebie zawodnik. Doskonale wie, czego się od niego oczekuje i to właśnie nam dostarcza – ani mniej ani więcej. Po długich pięciu latach oczekiwania (licząc od wydanego w 2014 roku Pre-Sequela) ekipa z Gearbox po raz kolejny zaprasza nas do szalonego świata gdzie każdy – dosłownie każdy  – problem rozwiązuje się za pomocą strzału z dwururki prosto w czaszkę.

Przedmowa (pozornie) nie na temat

Pamiętam gracza, jakim byłem prawie dziesięć lat temu. Szczupły, długowłosy chłopak bezlitośnie katujący swoją wysłużoną „peestrójkę”, w której czytniku kręciła się płyta z GTA IV naprzemiennie z remasterami obu części God of War. Tamtej zimy 2010 roku bardziej niż trwającą sesją na studiach czy sukcesami naszych zawodników w Vancouver przejmowałem się premierą drugiej części mojej ukochanej gry, czyli Bioshocka. Nawet po tylu latach wciąż mam na języku smak goryczy rozczarowania, jaką odczułem po pierwszych godzinach mojego powrotu do Rapture.

Widzicie, dawny ja nie znosił kontynuacji w stylu Bioshocka 2. Takich zachowawczych, które bezrefleksyjnie korzystały ze sprawdzonych rozwiązań pierwowzoru nie dodając od siebie prawie niczego więcej. Takich, które bardziej zasługiwały na miano samodzielnego rozszerzenia niż pełnoprawnej odsłony.

Od tamtego chwili minęło jednak sporo czasu i z jego biegiem zmieniło się moje postrzeganie na wiele spraw. Nauczyłem się doceniać różne formy podejścia do kontynuacji gier i nawet z tym nieszczęsnym Bioshockiem 2 w końcu się przeprosiłem. To dobrze, ponieważ dawny ja nawet by nie spojrzał na tak bezpieczny i zachowawczy sequel jak Borderlands 3. A byłby to duży błąd, ponieważ ominęłoby mnie prawie 30 godzin świetnej zabawy. Czy jednak potrafię całkiem przymknąć oko na odtwórczość tego tytułu? Nie do końca, ale nie uprzedzajmy faktów.

Do rzeczy

Borderlands 3 to kontynuacja serii, której chyba nie trzeba przedstawiać, jednak z poczucia obowiązku pokrótce to zrobię. Zapoczątkowana w 2009 roku franczyza z powodzeniem połączyła ideę hack’n’slashy takich jak choćby Diablo z pierwszoosobową, kooperacyjną strzelanką. Całość ubrano w szaloną konwencję postapokalipsy w stylu Mad Maxa ze szczyptą Indiany Jonesa oraz całą toną balansującego na granicy dobrego smaku humoru.

Borderlands
Mouthpiece – jeden z pierwszych bossów. Potrafi dać w kość.

Przez ostatnie lata Gearbox miał swoje wzloty i upadki (Aliens: Colonial Marines – pamiętamy i nie zapomnimy), ale akurat Borderlands okazało się strzałem w dziesiątkę i jak do tej pory seria nigdy nie zawiodła. Trzecia część również nie przynosi hańby swoim poprzednikom. Tytuł wydany przez firmę 2K Games 13 września na PC, PlayStation 4 i Xboxa One jest solidnym „looter shooterem”, który, o ile kupicie konwencję, przyniesie wam mnóstwo frajdy bez względu na to, czy wolicie rozgrywkę z przyjaciółmi po sieci czy samotną podróż. W tym miejscu zaznaczę, że nowe dzieło Gearboxu przechodziłem solo i z takiej perspektywy piszę ową recenzję.

Piekło na Pandorze (i nie tylko)

Nie zazdroszczę tym, którym przyszło żyć w uniwersum Borderlands. W świecie, w którym wychodząc rano do sklepu po chleb w pierwszej kolejności pamiętasz, by zabrać naładowany rewolwer, a dopiero potem przypominasz sobie o portfelu. W świecie, w którym jeśli do południa nie zabijesz przynajmniej tuzina bandytów i kilkunastu bestii najprawdopodobniej będzie to oznaczało, że sam już jesteś martwy. Jest to również uniwersum pełne fantastycznych możliwości dla każdego śmiałka, który nie boi się pobrudzić sobie rąk. Starożytne krypty ukryte na odległych planetach kuszą niezmierzonymi bogactwami czekającymi na każdego, kto zdoła do nich dotrzeć.

W Borderlands 3 ponownie wcielamy się w samozwańczego łowcę skarbów, który wyrusza na poszukiwanie swojego przeznaczenia. W trakcie naszej wyprawy po bogactwo i sławę przemierzymy nie tylko rozległe pustkowia Pandory, ale odwiedzimy również inne planety, takie jak pełną futurystycznych metropolii Prometheę czy tajemniczą, bagienną Eden-6.

Już druga część oferowała całkiem ładne i różnorodne lokacje, ale Borderlands 3 ustanawia nową jakość w tej materii. Każda odwiedzona planeta zapewnia całkowicie odmienne wrażenia wizualne, a pomniejsze lokacje zostały przygotowane z wyjątkowym pietyzmem. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie wspomniana Eden-6, ze swoimi gęstymi lasami i bagnami. Przemierzając te dzikie i nieprzystępne tereny czułem się jak praprawnuk Indiany Jonesa.

Łowcy Krypt kontra streamerzy

Na drodze do celu stanie nam tym razem para irytujących czarnych charakterów – rodzeństwo Calypso, którzy zjednoczyli bandytów i innych odszczepieńców z Pandory pod szyldem organizacji Children of the Vault. Celem złoczyńców jest dotarcie do wnętrz starożytnych Krypt by posiąść moc, które te w sobie kryją. Należy też wspomnieć, że ulubionym hobby rodzeństwa oprócz pogoni za władzą jest tworzenie popularnych treści wideo udostępnianych potem w masowych kanałach komunikacji.

Choć pomysł uczynienia głównych antagonistów streamerami, którzy rejestrują wszelkie swoje poczynania ku uciesze fanów jest oryginalny i pomysłowy (i stanowi też interesujący komentarz społeczny), tak jego wykonanie pozostawia trochę do życzenia. Troy i Tyreene Calypso są bez wątpienia charyzmatyczni i niebezpieczni, ale poczucie zagrożenia i napięcia, jakie powinny wywoływać ich działania jest skutecznie niszczone właśnie przez ich profesję.

Weźmy taki przykład (spokojnie, bez spoilerów). W toku fabuły bliźnięta dopuszczają się bardzo złego czynu, czegoś, co sprawiło, że byłem wściekły i smutny zarazem. Ten emocjonujący i świetnie wyreżyserowany moment zaledwie kilka minut później został totalnie zrujnowany, kiedy oczami mojej postaci oglądałem głupkowaty, tandetny filmik w wykonaniu rodzeństwa, który w prześmiewczy sposób przedstawiał ową tragiczną scenę. Rozumiem konwencję, jaką przyjęli scenarzyści ale dla mnie ten pomysł się po prostu nie klei i burzy wszelką dramaturgię, której wbrew pozorom jest w Borderlands 3 całkiem sporo. Bardzo szybko miałem bliźniąt i tego ich programu zwyczajnie dość.

Rodzeństwo Calypso sprawi, że zatęsknicie za Handsome Jackiem.

Opowieść z jajem (i pizzą)

Trudno oczekiwać od gry pokroju Borderlands opowieści na miarę The Last of Us czy innego Wiedźmina, ale fabuła w „trójce” daje radę i skutecznie motywuje masowy mord, jakiego się dopuszczamy (i to pomimo problemów opisanych w poprzednim akapicie). W trakcie przygody spotykamy całą plejadę znanych twarzy, że wspomnę tylko o charyzmatycznym Sir Hammerlocku, wygadanym i wkurzającym jak zwykle Claptrapie czy pewnej psychopatycznej (już nie takiej małej) dziewczynce o imieniu Tina. Nie brakuje też innych mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do poprzednich odsłon, a całość okraszono typowym dla serii absurdalnym humorem, co świetnie obrazuje taka oto scena: Mniej więcej w połowie gry przyjdzie nam się wcielić w rolę dostarczyciela pizzy. I to pizzy nie byle jakiej – oprócz sosu pomidorowego i cebuli placek został doprawiony hojną ilością trotylu oraz innych substancji łatwopalnych. Można powiedzieć, że była to prawdziwa (uwaga, nadchodzi suchar) bomba kaloryczna.

Szkoda tylko, że tym razem zabrakło wyrazistego antagonisty na miarę świetnego Handsome Jacka. Bliźniaki Calypso robią co mogą, ale nie dorastają Jackowi do pięt. Mimo wszystko jest to przyjemna, lekka opowieść pełna barwnych, choć mocno specyficznych postaci (przywódca bandytów paradujący jedynie w pelerynie i brudnej bieliźnie to zaledwie wierzchołek góry lodowej). Fabułę śledzi się jak dobry film przygodowy, a to chyba najlepsza rekomendacja jaką mogę wymyślić.

Soczyście i krwawo

Rozgrywka jest prawdziwą siłą Borderlands 3. To ponownie doskonale znana formuła – strzelamy, zbieramy masę losowo generowanego sprzętu, strzelamy, rozwijamy postać i znowu strzelamy. Jest brutalnie, dynamicznie i piekielnie efektownie. Główna tego zasługa tkwi w modelu walki, który stanowi klasę samą w sobie. Mamy tu do czynienia z  niemal idealną kopią rozwiązań znanych z poprzednich odsłon, więc jeśli graliście w dowolne poprzednie Borderlandsy, to w “trójce” odnajdziecie się bez problemu. Na szczęście seria od zawsze słynęła z doskonałych starć, więc nie poczytuję tego jako wadę. Tak jak dawniej karabiny mają odpowiedniego „kopa”, wystrzały z shotguna pozostawiają krwawe rozbryzgi, a celnie wymierzony granat potrafi zmienić cel w czerwoną miazgę. Jest moc.

Borderlands

Całe szczęście, że strzela się świetnie, bo to właśnie będziecie robić przez jakieś 90% czasu całej gry. Wrogów do ubicia jest w Borderlands 3 mnóstwo, niekiedy całe mrowie. Zidiociali bandyci-samobójcy i piszczące karzełki ciskające bombami to zaledwie przystawka. Mordercze roboty i specjalnie wyszkolone siły policyjne z Promethei dadzą wam ostro popalić, a lokalna fauna w postaci przerośniętych karaluchów czy irytujących nietoperzy też ma swoje do powiedzenia. Na różnorodność niemilców do ubicia nie można więc narzekać, choć trzeba zaznaczyć, że spora część z nich została żywcem przeniesiona z poprzednich odsłon. Pojawiają się oczywiście nowi zawodnicy, jak choćby masywni, uzbrojeni w miotacze ognia komandosi, ale “recykling” wrogów jest wyraźnie widoczny. Trochę szkoda.

Mógłbym w tym momencie ponarzekać też na całkowitą, przewlekłą tępotę przeciwników, ale ewidentnie był to celowy zabieg ze strony twórców. Członkowie frakcji Children of the Vault stanowią zgraję największych idiotów w galaktyce, co wielokrotnie podkreślane jest w toku fabuły. Nie należy oczekiwać zaawansowanych strategii taktycznych po kimś takim, prawda?

Głupotę przeciwników w całości wynagradzają znakomici bossowie. Jest ich sporo, są różnorodni, a walki z nimi potrafią ciągnąć się nawet przez kilkanaście pełnych adrenaliny minut. Filozofia tych potyczek nie zmieniła się wcale względem poprzednich odsłon – szefowie to ponownie “gąbki na pociski”, których pokaźne paski zdrowia niwelujemy wiadrami ołowiu. Na szczęście skala i rozmach niektórych konfrontacji sprawi, że zapomnicie o tym staroszkolnym podejściu. Bestię o imieniu Rampager, która w trakcie walki kilkakrotnie ewoluowała całkowicie zmieniając swoją formę i sposób atakowania zapamiętam na długo.

Czworo pancernych i Skag

Zanim jednak rozpoczniemy rzeź musimy wybrać swojego protagonistę. Do dyspozycji mamy czterech bohaterów, każdy z zupełnie innym zestawem umiejętności. Zane specjalizuje się w różnego rodzaju wojskowych gadżetach takich jak uzbrojony w działko dron czy rozkładana tarcza i wydaje się najbardziej uniwersalną postacią przystosowaną do różnych sytuacji. Niepozorna Moze zasiada za sterami potężnego robota bojowego, który sieje postrach wśród wrogów, natomiast Amara korzysta z “magicznych” mocy Syren, że wspomnę tylko o imponujących widmowych ramionach oraz unieruchamiających pułapkach.

Ostatnim z bohaterów i zarazem postacią, na którą się zdecydowałem jest FL4K. Tej zaawansowanej sztucznej inteligencji nieodłącznie towarzyszy jedna z trzech bestii: przypominający wilka Guard Skag, kosmiczna mrówka na sterydach czyli Spiderant Centurion oraz małpowaty Jabber.

Dzięki towarzystwu chowańca FL4K wydaje się najlepszym wyborem dla tych, którzy zamierzają przejść Borderlands 3 samotnie. Bestia jest niezwykle pomocnym towarzyszem, który ochoczo rzuca się na wrogów (lub ostrzeliwuje ich z karabinu, jeśli zdecydujecie się na Jabbera) i skutecznie odwraca ich uwagę.

Borderlands
FL4K ma wiele asów w rękawie

Każde z trzech drzewek rozwoju posiada przydatne umiejętności, które pozwalają na dostosowanie naszej postaci pod wybrany styl gry. Ja skoncentrowałem się na maksymalnym wzmocnieniu mojego zwierzaka, by ten pełnił rolę “tanka” ściągającego na siebie większość obrażeń. W trakcie potyczek wysyłałem dzielnego Skaga do boju, samemu stojąc w bezpiecznej odległości, skąd prowadziłem ostrzał z karabinu lub snajperki. Niezbyt heroiczna strategia, ale grunt, że skuteczna.

Deszcz karabinów

Martwi wrogowie pozostawiają po sobie nie tylko czerwone rozbryzgi i dymiące opary ale też cenne skarby w ilościach hurtowych. Loot wysypuje się z trupów i skrzynek jak cukierki z rozbitej piniaty, a jego kolekcjonowanie potrafi być wręcz uzależniające. Nigdy nie wiadomo, czy w najbliższej skrzynce nie znajdziemy lepszego karabinu z ognistą amunicją lub potężniejszej tarczy dającej ochronę przed elektrycznością. A za rogiem czekają kolejni przeciwnicy, a wraz z nimi obietnica jeszcze lepszych broni i fantów. I jak tu myśleć o wyłączeniu konsoli?

Jeśli chodzi o samą kwestie lootu, to nie można mówić o daleko idących zmianach. Wszyscy znani producenci oręża tacy jak Jacobs czy Dahl powrócili w chwale, pojawiła się też nowa marka czyli COV (skrót od Children of the Vault). Te opracowane przez naszych wrogów bronie nie wymagają przeładowywania, za to dość szybko się przegrzewają, więc trzeba mieć na to baczenie. 

Poza tą nowinką reszta pozostała w zasadzie po staremu. Tak jak zawsze wszelkie karabiny, snajperki czy pistolety są opisywane przez generowane losowo statystyki takie jak obrażenia, szybkostrzelność oraz cechy wyjątkowe w postaci choćby specjalnej amunicji występującej w kilku rodzajach. I tak ogniste pociski palą ciała nieopancerzonych wrogów aż miło, a elektryczne naboje sprawnie poradzą sobie z tarczami.

Bronie konkretnych producentów posiadają też własne, unikalne cechy. Dla przykładu po wystrzelaniu magazynka w takim pistolecie marki Tediore wyrzucamy go w stronę przeciwników, by wybuchł im w twarz niczym granat. Po chwili pukawka materializuje się z powrotem w naszych dłoniach z pełnym magazynkiem. 

Loot podzielony został na standardowe kategorie “elitarności” obowiązujące w grach od zarania dziejów. Znacie to doskonale – biały sprzęt to śmieci, zielone i niebieskie pukawki już na coś się przydają, natomiast najcenniejsze łupy nęcą fioletem i złotem. Do naszych rąk oddano dosłownie miliony (a według zapewnień producenta nawet miliardy) różnych kombinacji uzbrojenia, spośród których z pewnością znajdziecie coś dla siebie. Ja przez długi czas korzystałem z szybkostrzelnego rewolweru, który nie dość, że posiadał znakomitą premię do krytycznych obrażeń to jeszcze miał zamontowaną miniaturową wyrzutnię rakiet. Frajdy z użytkowania tego cacka nie da się opisać.

Projekt wrogów to jak zawsze pierwsza liga

Przygód bez liku

Borderlands 3 to gra, w której zdecydowanie jest co robić. Sam główny wątek to zajęcie na co najmniej 20 godzin, a kolejne 10 spokojnie możemy wykręcić zajmując się zadaniami pobocznymi. Nie są to na szczęście generyczne questy bez fabuły. Nawet za najbardziej błahym zadaniem kryje się ciekawa historia z często zaskakującym finałem. Poczekajcie, aż odkryjecie sekret pewnego zaginionego dozorcy pracującego dla korporacji Atlas… Nie zdradzę szczegółów, ale to krótkie zadanie sprawi, że jednocześnie poczujecie zarazem smutek, wzruszenie i nieodpartą pokusę, by wybuchnąć śmiechem. 

Jeżeli nie mamy akurat ochoty na wykonywanie questów, w dowolnej chwil możemy oddać się eksploracji całkiem sporych map w poszukiwaniu skrzyń ze sprzętem, ukrytych złóż eridium (specjalnej waluty, za którą kupimy najrzadsze bronie) czy tajemniczych symboli pozostawionych przez dawną cywilizację.

Ale to już było

Czas nawiązać do początku recenzji i tego, jak bardzo wtórne doświadczenie oferuje Borderlands 3. Tak naprawdę jedyną znaczną różnicą względem poprzedniej odsłony jest wyraźnie poprawiona oprawa graficzna. Tekstury są ostre jak żyleta, animacje płynne aż miło, a oświetlenie to prawdziwa pierwsza liga. Postęp względem (wciąż zresztą bardzo ładnej) drugiej części widać gołym okiem.

Pomijając jednak kwestie techniczne nowe Borderlandsy to po prostu więcej tego samego. Praktycznie wszystkie znane z poprzedników mechaniki powróciły w niezmienionej lub lekko zmodyfikowanej formie. Bronie i inne przedmioty ponownie kupujemy w specjalnych automatach, zgon karany jest potrąceniem gotówki, powraca też mechanika Second Wind, która pozwala uchronić się przed śmiercią, jeśli kogoś wystarczająco szybko ustrzelimy. Pojawiło się co prawda kilka usprawnień, takich jak automatyczne podnoszenie amunicji i przedmiotów leczących lub możliwość skorzystania z szybkiej podróży z dowolnego punktu na mapie, ale trudno mówić tu o faktycznej innowacji.

Do broni!

O ile taka zachowawczość jeszcze uchodziła w przypadku wydanego w 2014 roku Pre-Sequela, tak od pełnoprawnej, trzeciej już odsłony oczekiwałem czegoś więcej. Nowych, ciekawych mechanik w stylu walk w stanie nieważkości, które oferował właśnie Pre-Sequel. W ogólnym rozrachunku przy Borderlands 3 bawiłem się świetnie, więc jestem skłonny wybaczyć twórcom takie bezpieczne podejście. Jeśli jednak czwarta odsłona nie przyniesie nam faktycznego powiewu świeżości, trochę się pogniewamy.

Borderlands 3 – co pierwsze recenzje mówią o powrocie marki?

Borderlands 3 – co pierwsze recenzje mówią o powrocie marki?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o