Przygody nadszedł czas! | Treasure Adventure World [recenzja]

Starożytne piramidy, nawiedzone zamki, podziemna kanalizacja miejska – w każdym z tych miejsc może czekać na Ciebie ukryty skarb. Te i wiele innych miejsc odwiedzamy grając w plaformową przygodówkę Treasure Adventure World wyprodukowaną przez Robit Games, a wydaną przez studio Chucklefish. Czy historia chłopca poszukującego 12 legendarnych artefaktów warta jest uwagi?

Fabuła Treasure Adventure World wydaje się być bardzo prosta. Na samym początku przedstawiane nam są scenki z przeszłości, z których dowiadujemy się o trzech podróżnikach – dwóch dorosłych mężczyznach i jednym dziecku. Kiedy przenosimy się do teraźniejszości, okazuje się, że wcielamy się w postać tego właśnie chłopczyka. Lata temu jakiś straszliwy wypadek rozdzielił go z ojcem i wujem. Od tamtej pory wiedzie spokojne życie na jednej z wielu lokalnych wysp. Gracz przejmuje stery w dniu jego urodzin, to znaczy, rocznicy znalezienia go na brzegu wyspy i przygarnięcia przez starsze małżeństwo. I tego właśnie dnia zaczyna się nasza przygoda…

W pogoni za skarbami

Naszym głównym celem w Treasure Adventure World jest odnalezienie 12 legendarnych artefaktów, które potem mamy umieścić w starożytnej świątyni, aby odblokować drogę do prawdziwej nagrody. Ten, któremu to się uda ma prawo do jednego życzenia, a my chcemy poznać naszą przeszłość, bo od momentu wypadku cierpimy na amnezję i nie pamiętamy, co stało się z naszą rodziną. Dlatego udajemy się w niebezpieczną podróż po pobliskich wyspach, gdzie poukrywane są nie tylko owe artefakty, ale także inne skarby.

Już na samym początku przygody dołącza się do nas papuga, która przez resztę gry będzie naszym towarzyszem. Pełni ona w grze kilka funkcji: jest przewodnikiem, który czasem podpowiada nam co mamy zrobić; jest elementem humorystycznym, głównie poprzez zabawne dialogi; jest także ważnym elementem mechanicznym – kilka zadań czy łamigłówek rozwiązać będziemy musieli kontrolując właśnie naszego skrzydlatego przyjaciela. Okazuje się, że taki nietypowy duet całkiem nieźle się sprawdza.

Zabawa dla każdego

Muszę powiedzieć, że gra jako całokształt bardzo mi się podobała. Pierwszą rzeczą jaka od razu przypadła mi do gustu była oprawa graficzna. Świat przedstawiony jest tak barwny i kolorowy, że już na samym początku poczułem w sobie żyłkę poszukiwacza przygód. Po prostu chciałem go zwiedzić! Ponadto nie ma żadnych problemów z odróżnieniem użytecznych obiektów od tła. Gracz natychmiastowo jest w stanie odróżnić elementy interaktywne od dekoracyjnych, co przydaje się często podczas rozwiązywania łamigłówek czy pokonywania kolejnych lokacji.

Wydaje mi się też, że zadania, jakie stawia przed nami gra, są bardzo wyważone. Czasami trzeba się popisać umiejętnościami precyzyjnej kontroli postaci, czasami spostrzegawczością, a czasami logicznym, albo kreatywnym myśleniem. Nie raz odwiedzamy miejsca, do których będziemy musieli jeszcze kiedyś powrócić, bo nie mamy odpowiednich narzędzi, żeby zdobyć skarb. Momentami trzeba się mocno nabiegać po świecie, ale poziom zagadek i obszarów na pewno nie jest za trudny, powiedziałbym raczej, że niekiedy jest nawet za łatwo.

Zwłaszcza w przypadku walk z bossami. Bardzo denerwowało mnie to, że po każdej nieudanej próbie pokonania bossa gra podsuwała mi wskazówki jak go pokonać. Szczególnie frustrujące było to przy pierwszym dużym przeciwniku jakim jest kanalizacyjny potwór składający się ze śluzu. Po pierwszych dwóch podejściach załapałem, o co chodzi w tej walce. Problemem było to, że mój czas gry był krótki, więc nie czułem się jeszcze całkiem komfortowo ze sterowaniem i nie udawały mi się pewne sekwencje ruchów. Za każdym razem kiedy ponosiłem porażkę zmuszony byłem czytać rady płynące z dzioba mojego towarzysza. Dwa pierwsze razy to były jeszcze wskazówki, które potem zaś przeradzały się w teksty na zasadzie musisz użyć TEGO oraz zrobić TO i TO! Ale ja wiedziałem co chcę zrobić, tylko mi to nie wychodziło! Czułem się jakby ktoś przy strzelaniu karnego mówił mi musisz tylko kopnąć piłkę tak, żeby wpadła do bramki. Uważam, że wskazówki powinny być opcjonalne. Głównie dlatego, że bardzo dużą częścią przyjemności, którą czerpałem z tej gry było rozpracowywanie mechanizmów i dochodzenie samemu do tego co trzeba w danej sytuacji zrobić. Nie chcę, żeby ktoś nade mną siedział i mówił mi co mam robić.

Ręce pełne roboty

Treasure Adventure World fajne jest też to, że zawsze jest tam jakieś zajęcie. Oprócz głównej misji, mamy jeszcze masę małych, pobocznych zadanek. Niektóre z nich są konieczne do tego, abyśmy mogli osiągnąć główny cel, ale dużo z nich jest opcjonalnych. Głównym powodem, dla którego taka struktura się sprawdza jest otwartość świata. Zlecone misje nie są hermetycznie zamknięte w obrębie jednej wyspy. Odpowiedzi na dręczące nas pytania możemy znaleźć nawet kilka godzin później, będąc na drugim końcu świata. Nie jest więc tak, że każdą odwiedzoną wyspę możemy sobie odhaczyć kiedy z niej odpływamy – czujemy, że świat jest spójny, bo jest ze sobą połączony. Jest szansa, że za każdym razem kiedy odwiedzamy nową lokację to dowiemy się czegoś nowego o relacjach między mieszkańcami różnych wysp, o ich wspólnej historii czy o powodach dla których coś jest zrobione tak, a nie inaczej.

Bardzo przypadła mi też do gustu różnorodność otoczenia. Niektóre wyspy posiadają tropikalne dżungle, inne są wyłącznie litą skałą, a jeszcze inne kryją w sobie piaskowe grobowce. Jedynym moim zastrzeżeniem jest sposób, w jaki zostały potraktowane lokacje znajdujące się pod wodą. Wyraźnie widać, że są o wiele uboższe niż te miejsca, które odwiedzamy na lądzie. Można nawet powiedzieć, że są zapychaczami. Jeśli w przypadku obszaru lądowego, aby zdobyć legendarny artefakt muszę przez godzinę skakać po bambusach i wykonać kilka mniejszych misji dla lokalnych mieszkańców używając wielu narzędzi, a w przypadku zejścia pod wodę muszę jedynie ominąć trzy rekiny, to coś jest nie tak. W takich momentach czuć było dysproporcję jeśli chodzi o włożony wysiłek, co zdecydowanie zmniejszało satysfakcję ze zdobycia skarbu.

Niesforne sterowanie

Treasure Adventure World jest jedną z nielicznych gier, które przechodziłem używając kontrolera. A ściślej mówiąc, pada od PS3. Sama fizyka w grze tak bardzo mi nie przeszkadzała – co prawda trzeba było przyzwyczaić się do tego, w jaki sposób postać przyspiesza czy wytraca prędkość, ale po krótkim treningu nie stanowiło to dla mnie problemu.

Wielkim minusem jest za to fakt, że kiedy chcemy zobaczyć w opcjach, który przycisk do czego służy to czeka nas niemiła niespodzianka. Otóż, zarówno w menu sterowania jak i podczas rozgrywki, kiedy poznajemy nową umiejętność, tam gdzie powinna znajdować się informacja na temat tego, którego z przycisków powinniśmy użyć, jest puste pole. Nie wiem z czego to wynika, może gra supportuje taką opcję tylko dla jednego, danego kontrolera. W każdym razie w moim przypadku było tak, że ilekroć dostawałem nowe rzeczy, albo umiejętności to musiałem sprawdzać wszystkie możliwe kombinacje przycisków na moim padzie, aby dowiedzieć się jak z nowego nabytku skorzystać. Jeśli używasz klawiatury, to wszystko jest w porządku.

Moim zdaniem Treasure Adventure World to dobra gra. Pomimo problemów technicznych dotyczących sterowania czy sporadycznego traktowania gracza jak dziecko i wykładania mu wszystkiego na talerzu, twórcom udało się zbudować klimat odpowiadający dobrej przygodówce. Wydaje mi się, że jeśli dacie tej grze szansę i lubicie platformowe łamigłówki to się nie zawiedziecie. Ja na pewno świetnie się bawiłem i mogę polecić tę grę każdemu – zarówno młodszym jak i starszym graczom.

 

 

Gra udostępniona do recenzji dzięki GOG.COM – możecie nabyć ją TUTAJ!