Pokemon Sword – nowa generacja, stara rozgrywka [Recenzja]

Pokemon Sword

Nowa edycja kultowych Pokemonów jest już z nami! Tym razem panowie i panie z Game Freak zabierają nas do malowniczego regionu Galar, gdzie złapiemy zupełnie nowe gatunki stworków, przemierzymy różnorodne lokacje, oraz zawalczymy o tytuł mistrza wszystkich mistrzów. Czy jednak Pokemon Sword przynosi wreszcie długo oczekiwane odświeżenie formuły, czy może jest to wciąż ta sama melodia grana od 23 lat w nieco tylko odświeżonej aranżacji?

Kontrowersje już na starcie

Pokemon Sword/Shield nie miały łatwo. Początkowe głosy zachwytu, które wybrzmiały po pierwszej zapowiedzi w lutym zaczęły stopniowo tracić na sile w miarę ujawniania kolejnych informacji. Pierwsze gameplaye i screeny rozczarowywały oprawą graficzną, nieprzystającą do standardów oferowanych przez Nintendo Switcha, a główna nowość w postaci systemu Dynamax, który miała zastąpić znane z poprzednich odsłon mega ewolucje i z-moves również wzbudziła mieszane uczucia.

Największą kontrowersję i oburzenie wywołała jednak informacja o braku National Dexu, a co za tym idzie możliwości złapania lub też zaimportowania wszystkich stworków z dotychczasowych generacji. Afera, która wynikła z powodu tej ostatniej informacji (szybko ochrzczona mianem dexitu) nakręciła się na ogromną skalę przypominając niemal zbiorową histerię. Nowe dzieło studia Game Freak padło ofiarą zmasowanego bojkotu na forach internetowych, w komentarzach pod artykułami, czy w publikowanych filmach na Youtubie. W całym internecie tysiące, a może nawet miliony fanów dawało upust swojej wściekłości i rozgoryczeniu. W efekcie Pokemon Sword/Shield na długo przed premierą zostały szczerze znienawidzone przez większą część społeczności, która uznała najnowszą generację (w opozycji do całkiem przychylnych ocen mediów) za najgorsze Pokemony w historii.

O mojej długoletniej miłości do marki pisałem już przy okazji zestawienia najlepszych gier z serii, więc nie będę się tutaj powtarzał. Nie zamierzam jednak przyłączyć się do pochopnej nagonki na najnowszą generację Pokemonów. Mogę oczywiście zrozumieć rozgoryczenie fanów niektórymi decyzjami podjętymi przez twórców i odniosę się do nich w dalszej części tekstu. Przy całej tej aferze łatwo jednak przeoczyć najważniejsze pytanie – czy pomijając kwestię dexitu nowe Pokemony są mimo wszystko dobrymi grami, czy też zawodzą również na innych polach? Przekonajmy się, jak to z tą generacją właściwie jest.

Dodam jeszcze, że na potrzeby recenzji testowałem wersję Sword. Różnice między edycjami są jednak czysto kosmetyczne i sprowadzają się głównie do kilku ekskluzywnych potworków. Obie wersje zadebiutowały 15 listopada wyłącznie na konsoli Nintendo Switch.

Odwieczny schemat

Seria Pokemon należy do jednych z najbardziej zachowawczych i konserwatywnych marek w całej branży gier wideo. Schemat stosowany od 23 lat (czasem z drobnymi tylko modyfikacjami) wygląda następująco: jako młody trener dostajemy swojego pierwszego pokemona i wyruszamy na wyprawę po osiem odznak, które zyskujemy zwyciężając liderów w kolejnych Gymach, a gdzieś po drodze pokonujemy złą organizację (koniecznie posiadającą rzeczownik „Team” w nazwie). Wreszcie bierzemy udział w finałowych rozgrywkach i przystępujemy do ostatecznego pojedynku z czempionem.

Pokemon Sword

Jeśli liczyliście na jakiejkolwiek złamanie tego odwiecznego porządku to muszę was rozczarować – Pokemon Sword jest wierne swoim długoletnim ideałom i nie ma mowy o żadnych daleko idących zmianach w strukturze rozgrywki.

Ponownie więc lądujemy w skórze dziesięcioletniego chłopca (lub dziewczynki), wybieramy swojego pierwszego potworka i ruszamy w długą wyprawę pełną turowych walk w łatwym do opanowania systemie RPG, kolekcjonowania kolejnych pokemonów i odznak oraz obowiązkowego ratowania świata.

W tym miejscu muszę zaznaczyć, że pod względem fabularnym Pokemon Sword niestety zawodzi. Historia jest pretekstowa i mało angażująca, a główny antagonista i związany z nim zwrot akcji – rozczarowujący. Szkoda, zwłaszcza że w poprzednich latach twórcy udowodnili, że jak chcą, to potrafią stworzyć ciekawą historię, jak w przypadku edycji Black/White czy X/Y. Tym razem jednak otrzymaliśmy prostą, naiwną fabułę, w trakcie której niewiele się dzieje, pomijając całkiem spektakularny finał. Sytuacji nie ratują miałkie postacie, spośród których jedynie pyszałkowaty Leon, czyli aktualny mistrz regionu Galar wzbudza jakiekolwiek emocje.

W mechanice bez zmian

Fabuła fabułą, ale jak w nowe Pokemony się właściwie gra? Właściwie tak samo jak we wszystkie poprzednie. Dla tych z was, którzy nie mieli wcześniejszej styczności z serią oto krótkie wprowadzenie: jako młody trener łapiemy dzikie stworki i wcielamy je do naszej drużyny, którą wykorzystujemy potem w walce z napotkanymi trenerami. Pojedynki toczymy w systemie turowym hołdującym starej jak świat zasadzie „kamień-papier-nożyce”. Wodne stworki są podatne na elektryczność, ale odporne na ogień, kamienne ataki wyrządzają krzywdę latającym pokemonom, które to z kolei mają przewagę nad trawiastymi i tak dalej. W toku kolejnych zwycięstw nasi podopieczni zwiększają swoją siłę, uczą się nowych ataków, a czasami nawet ewoluują w nowe, potężniejsze formy.

Pomimo pozornej prostoty system ten jest całkiem głęboki. Typów pokemonów jest kilkanaście, dodatkowo wiele stworków dysponuje dwoma jednocześnie, co daje nam sporo możliwych kombinacji. Do tego dodajmy bogatą gamę ataków, zarówno ofensywnych, defensywnych jak i takich, które pozwalają np. uśpić wroga, zatruć go lub zamrozić. Przydatne bywają też pasywne zdolności poszczególnych bestii oraz liczne przedmioty jedno – lub wielorazowego użytku zapewniające określone bonusy. Wszystko to składa się na całkiem złożony system, który zachęca do eksperymentowania.

Pokemon Sword
Naszych podopiecznych opisuje szereg statystyk.

DYNAmicznie i na MAXa efektownie

Szkoda tylko, że ów system nie doczekał się znaczących zmian względem poprzednich odsłon. Wszelkie elementy, które wymieniłem w poprzednim akapicie są z nami już od lat. Właściwie jedyną dużą (i to dosłownie) nowością jest wspomniany wcześniej Dynamax, pozwalający na krótko zmienić naszego stworka w prawdziwego giganta.

Dynamax działa podobnie jak mega ewolucje. W trakcie wybranych walk (głównie z liderami poszczególnych Gymów) możemy jednorazowo powiększyć jednego z naszych pokemonów. Prezentuje się to bardzo efektownie – bestia rośnie do rozmiarów wysokiego domu w akompaniamencie gromu i błyskawic, zyskuje pokaźną premię do statystyk oraz nowe, spektakularne ataki, których efekty wizualne przyćmiewają znane z edycji Sun/Moon z-moves. Przemiana trwa zaledwie kilka tur i odpowiedni czas jej wykorzystania może mieć kluczowe znaczenie w trakcie niektórych pojedynków (zwłaszcza pod koniec gry).

Dodatkowo niektóre stworki na czas powiększenia zyskują zupełnie nowy wygląd wzorem mega ewolucji. Taka specjalna przemiana nosi nazwę Gigantamax i robi spore wrażenie. Niestety pokemony, które mogą z niej skorzystać są niezwykle rzadkie i upolowanie ich wiąże się z wielogodzinnymi poszukiwaniami lub braniem udziału w okazjonalnych sieciowych eventach organizowanych okresowo przez Game Freak.

W ogólnym rozrachunku, jako nowinka Dynamax sprawdza się całkiem nieźle. Nie można tu mówić o jakiejkolwiek rewolucji, ale powiększanie bestii każdorazowo dostarczało mi niezłych wrażeń wizualnych, a przy tym wprowadziło pewien (skromny, ale jednak) element taktyczny. W dalszym ciągu tęsknię za mega ewolucjami, ale Dynamax sprawdza się dobrze w roli substytutu.

Magia stadionów

Niezaprzeczalnie największym plusem tytułu są pojedynki z liderami. Po raz pierwszy w historii serii owe kluczowe potyczki (pełniące funkcję walk z bossami) zyskały godną i spektakularną oprawę. Walki toczymy na oświetlonych jupiterami oraz fleszami aparatów stadionach z trybunami wypełnionymi tłumami skandujących kibiców. Niektóre ujęcia ukazywane są z perspektywy operatora kamery, a efekty ataków wyprowadzanych przez walczące potwory nagradzane są gromkimi oklaskami. Adrenalinę napędza też świetna muzyka, zwłaszcza w decydującej fazie walki, kiedy to z trybun niosą się chóralne przyśpiewki fanów zagrzewających nas do walki. Jest moc!

Pokemon Sword
Walki na stadionach są świetnie zrealizowane.

Do tego po raz pierwszy od dawna walki z bossami stanowiły wreszcie pewne wyzwanie. Niezbyt wielkie, ponieważ i tak niemal każdą z nich wygrałem za pierwszym podejściem, ale przynajmniej tym razem liderzy zmusili mnie do kombinowania i odpowiedniego doboru stworków. Miła odmiana po poprzednich częściach, w których większość kluczowych walk praktycznie wygrywała się sama. Pojedynki na stadionach są znakomite i aż szkoda, że nie ma ich więcej.

Nowi zawodnicy

Następna pochwała należy się Game Freak za świeży zestaw pokemonów. Design nowych stworków jest w większości przypadków po prostu świetny. Moimi faworytami i zarazem stałymi członkami drużyny stały się przypominający skrzyżowanie orka z gremlinem Grimmsnarl, zakuty w efektowny pancerz ptak Corviknight, majestatyczna lodowa ćma Frostmoth oraz ognista gąsienica Centiskorch. Wzorem edycji Sun/Moon region Galar zamieszkują też lokalne odmiany niektórych stworków znanych z poprzednich generacji. Zetkniemy się więc z mrocznym Linoone, który zyskał kolejne stadium ewolucji w postaci dwunożnego Obstagoona lub znającym tajniki sztuk walki Fatfetch’dem oraz jego przemianą – majestatycznym Sirfetch’dem.

Pokemon Sword
Design nowych stworków to pierwsza klasa.

Warto wspomnieć, że wśród nowych zawodników znajdziemy też zupełnie nowe kombinacje typów, jak chociażby wróżka/mrok, trucizna/wróżka czy robak/lód, co oczywiście przekłada się na więcej opcji taktycznych.

W tym momencie muszę poruszyć wreszcie drażliwy temat dexitu. Prawdą jest, że w grze znajdziemy „jedynie” czterysta pokemonów. Oznacza to, że zabrakło niemal pięciuset stworków znanych z poprzednich generacji. Mnie ten problem nie dotknął zbyt mocno – mam w zwyczaju kompletować swoją drużynę z nowych pokemonów debiutujących w danej generacji, a rozgrywki sieciowe mnie nie interesują. Rozumiem jednak rozczarowanie długoletnich fanów, którzy przez lata transferowali swoich ulubionych zawodników z generacji na generację, a teraz zostali pozbawieni tej opcji. Game Freak mogłoby w łatwy sposób załagodzić sytuację wypuszczając darmowe DLC z choćby częścią brakujących stworków. Znając jednak politykę firmy wątpię, czy doczekamy się takiego rozwiązania. Obiektywnie patrząc, brak National Dexa to jeden z największych minusów tytułu.

Otwarty świat i liniowość

Na długo przed premierą głośno było o kolejnej nowince, czyli Wild Area. Pod tą nazwą kryje się całkiem spora połać otwartego terenu, do której dostęp zyskujemy na wczesnym etapie rozgrywki i do której możemy swobodnie wracać w niemal dowolnym momencie. Wild Area podzielona została na kilka stref, w każdej zaś możemy napotkać mnóstwo dzikich stworków, handlarzy z różnorodnymi przedmiotami oraz specjalne portale będące siedliskami rzadkich rodzajów pokemonów.

Pokemon Sword
Wild Area jest całkiem rozległa, ale nie ma tu zbyt wiele do roboty.

Wild Area z pozoru jawi się jako interesujący powiew świeżości, ale dobre wrażenie szybko znika. Teren jest stosunkowo rozległy, jednak poza łapaniem dzikich pokemonów brakuje w nim interesujących aktywności, które zachęcałyby do eksploracji. Po tym, jak już schwytałem wszystkie interesujące mnie bestie całkowicie straciłem zainteresowanie tą mapą, która nie miała nic więcej do zaoferowania. Tak rozległy teren aż się prosi o obecność ciekawych podziemi z zagadkami czy npc-ów oferujących zadania poboczne. Niczego takiego tutaj nie uświadczymy.

Wild Area jest jednak tylko opcjonalnym dodatkiem do licznych ścieżek i miast leżących między nimi. To one stanowią główny teren naszych wędrówek i niestety również rozczarowują. Mapa regionu Galar jest chyba najbardziej liniowa w historii całej serii. Drogi biegnące do kolejnych fabularnych punktów są proste jak drut, niemal pozbawione rozgałęzień i nie sposób się w nich zgubić. Ta skrajna liniowość irytuje tym bardziej, jeśli przypomnimy sobie poprzednie części serii. Pamiętam, jak lata temu grając w edycję Red zupełnym przypadkiem zawędrowałem do opuszczonej elektrowni Power Plant, w której gniazdo uwił legendarny ptak Zapdos. Albo jak błądziłem po sieci podwodnych jaskiń Seafloor Cavern w edycji Sapphire. W Pokemon Sword nie uświadczycie takich atrakcji.

Dobrze chociaż, że odwiedzane miejsca są całkiem urokliwe. Region Galar inspirowany jest Wielką Brytanią i ten kierunek zaowocował malowniczymi wiejskimi pejzażami z wiatrakami, polami uprawnymi, wioskami oraz pastwiskami majaczącymi na horyzoncie, natomiast odwiedzane miasta cieszą oko industrialną architekturą wzorowaną na rewolucji przemysłowej. Im dalej w głąb Galar, tym zresztą więcej ślicznych widoków. Takie na przykład bajkowe miasteczko Ballonlea ulokowane pośród wielkich fluorescencyjnych grzybów czy kopalnie ze skrzącymi się kolorowymi kryształami w ścianach naprawdę mogą się podobać.

Tylko co z tego, skoro wszystkie lokacje pełnią rolę zwykłych makiet pozbawionych interesującej treści. W każdym kolejnym mieście jedynymi interesującymi budynkami będą centra pokemon, w których uleczymy drużynę i uzupełnimy zapasy, stadiony, gdzie zawalczymy o kolejną odznakę oraz stacje kolejowe umożliwiające dostęp do kolejnych sekcji mapy. Możemy co prawda wchodzić do niektórych domów, ale nie ma to większego sensu. Mieszkające w nich postacie czasem tylko obdarują nas średnio przydatnym przedmiotem, więc szkoda czasu i zachodu.

Pokemon Sword
Wiele lokacji ma swój urok.

Piękno i brzydota

Mieszane odczucia mam też wobec oprawy graficznej, która ma dwa oblicza – ładne i brzydkie. Te pierwsze dostrzeżemy przede wszystkim w modelach pokemonów. Twórcy zadbali nie tylko o szczegółowe wykonanie stworków, ale także o ich animacje, które wypadają całkiem naturalnie i miejscami zabawnie, co świetnie obrazuje gatunek pokemona o nazwie Falinks. Ten oddział maleńkich żołnierzy w trakcie walki nieustannie zmienia formację bojową, a w przerwach od ataków maszeruje w zwartym szyku niczym na paradzie wojskowej. Maluchy tak uroczo prezentują się w boju, że dołączyłem je do mojej drużyny tylko po to, by obserwować je w akcji. Reszta bestii też nie ma się czego wstydzić: latające pokemony takie jak Braviary czy Corviknight unoszą się w powietrzu poruszając majestatycznie wielkimi skrzydłami, zaś te największe jak Onix lub Gyarados emanują potęgą i grozą.

Animacje walki również zasługują na pochwałę. Pojedynki to wizualna uczta dla oczu i spełnienie marzeń każdego miłośnika serii, pamiętającego umowność graficzną pierwszych odsłon. W trakcie potyczek nasi podopieczni wywołają prawdziwe tsunami, rozpętają burzę piaskową, trzęsienie ziemi, ześlą na wrogów ogniste wiry oraz wielkie kule mrocznej energii. A to wszystko przy stabilnych 30 FPS-ach zarówno w trybie przenośnym jak i stacjonarnym.

Niestety, kiedy już przestaniemy walczyć objawi nam się drugie, paskudne oblicze. Otoczenie straszy teksturami o niskiej rozdzielczości (pnie drzew będą mnie prześladować w koszmarach), różnorodne efekty pogodowe zmieniają się w kilka sekund lub równie szybko zanikają zupełnie, a większe obiekty takie jak drzewa, pokemony czy ludzie doczytują się niemal przed nosem naszej postaci. Ten ostatni błąd występuje tak często, że aż trudno było mi uwierzyć w lenistwo programistów. Nintendo Switch stać na dużo więcej, co dowiódł choćby debiutujący pod koniec października śliczny Luigi’s Mansion 3, że już nie wspomnę o (wydanym prawie trzy lata temu!) przepięknym Breath of The Wild. Widać wyraźnie, że grze przydałoby się kilka dodatkowych miesięcy solidnych szlifów.

Trudny werdykt

Czy Pokemon Sword rzeczywiście okazał się rozczarowaniem? Niestety trochę tak, choć bynajmniej nie jest to produkcja zła, jak uważa duża część fanów rozgoryczonych brakiem National Dexa. Obecność otwartych terenów w Wild Area jest zdecydowanie krokiem w dobrą stronę, ale nie sposób nie zauważyć niewykorzystanego potencjału, jaki kryje w sobie to rozwiązanie. Dynamax dodaje walkom spektakularności, a pojedynki na stadionach wreszcie prezentują się niemal tak jak w anime, co należy poczytać zdecydowanie na plus. Z drugiej strony mamy nierówną oprawę graficzną, nijaką fabułę i skrajną liniowość głównych lokacji oraz, przede wszystkim, brak widocznych zmian zarówno w mechanice walki, jak i strukturze rozgrywki.

Jednak pomimo tych wszystkich wad i zachowawczości Pokemon Sword w dalszym ciągu jest niezwykle grywalne, podobnie jak każda poprzednia odsłona serii. Kolekcjonowanie i trenowanie kolejnych stworków potrafi być uzależniające i samo w sobie skutecznie motywuje do dalszej rozgrywki. Ja bawiłem się bardzo dobrze i nie żałuję tych 26 godzin, jakie spędziłem w Galar, nawet pomimo tego, że Pokemon Sword w moim mniemaniu daleko do najlepszych odsłon serii.

Życzyłbym sobie i wszystkim fanom by Game Freak odważyło się w przyszłości na mocniej posunięte zmiany w serii, która po niemal ćwierć wieku istnienia bardzo ich potrzebuje. Czy moje życzenie się spełni? Cóż, pomimo ogromnej fali nienawiści nowe Pokemony biją rekordy popularności i sprzedają się jak świeże bułeczki. Wnioski nasuwają się niestety same…

Nintendo Switch Lite – ile schudł “pierwowzór”?

Nintendo Switch Lite – ile schudł “pierwowzór”?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o