Zagubione w Maine | Lake Ridden [recenzja]

Screen z gry Lake Ridden przedstawiający namiot w zamglonym lesie otoczny światełkami
źródło: https://www.midnighthub.com/

Niektóre gry nie powstają po to, aby „dostarczać wyjątkowych emocjonalnych przeżyć”. Nie kroczy z nimi w ramię w ramię ani bombastyczny marketing, ani otoczka produkcji artystycznej. Można je porównać do krzyżówek – uprzyjemniających czas ćwiczeń umysłowych. Taką grą jest Lake Ridden.

Za produkcją stoi małe, niezależne szwedzkie studio Midnight Hub złożone z zaledwie kilku osób, w których portfolio możemy znaleźć miejsca takie jak Mojang czy Paradox. Stąd po Lake Ridden możemy spodziewać się z jednej strony solidnego wykonania, a z drugiej narracyjnej swobody. I tak też jest. Gra składa się z serii łamigłówek, detektywistycznych zagadek i rozmów, przez które musimy przebrnąć, aby posunąć fabułę do przodu. A jej cel jest prosty – trzynastoletnia protagonistka Marie musi znaleźć młodszą siostrę zagubioną w lasach Maine w Nowej Anglii.

Koneserom weird fiction Nowa Anglia mówi wiele; to w końcu region eksplorowany w prozie H.P. Lovecrafta. Pełno w nim wiktoriańskich obskurnych budowli, starożytnych tajemnic, wilgoci i mgły. Nie inaczej jest w Lake Ridden. Po krótkim eksplorowaniu lasu natrafiamy na dziwaczne zabudowania, istoty spoza tego świata i skrawki dzienników czy listów sugerujących, że to nie wszystko w tym miejsce jest takie, jak się wydaje.

W stronę światła

Sceneria budzi jednak poczucie bezpieczeństwa. Midnight Hub postarało się, żeby ich gra wyglądała niczym malowidło. Nie jest to może styl najwyższych lotów, ale daleko mu do jelenia na rykowisku. Lake Ridden jest po prostu złowieszczo ładne. Widać to już w pierwszej sekwencji gry, kiedy Marie budzi się w nocy odkrywając, że jej siostra zniknęła. Wyrusza ona na poszukiwania, przeczesując szarawy, cichy las – niepokojący i przytulny zarazem. Otacza on bohaterkę w ciepłym, acz zbyt silnym uścisku. Stąd nie ma ucieczki, mówi jednocześnie przyciągając do siebie. Przestrzeń budowana jest głównie za pomocą światła, które wypełnia kolejne kadry gry. Kiedy trzeba oddaje ono ciepły blask jesiennego popołudnia, innym razem niczym lód mrozi krew w żyłach. Często też wydaje się przytłumione, wydobywające się zza mgły i buduje nastrój lekkiego niepokoju.

Screen z gry Lake Ridden przedstawiajacy las w popołudniowym słońcu
źródło: https://www.midnighthub.com/

Pomaga ono także w szukaniu ścieżek, przejść czy ukrytych miejsc. Latarnia, światełka, lampy, świece szczególnie nocą pozwalają się nam odnaleźć. A trzeba przyznać, że nie zawsze jest to łatwe, bo pomimo dość ograniczonych poziomów gra zmusza do eksploracji. Nie rozwiążemy zagadek, jeśli trochę nie pochodzimy. Czasem nawet się gubiąc i cofając. Bywa to frustrujące, bo nie wynika z zamierzonej trudności, ale lekkiego niedopracowania konstrukcji świata lub zbyt enigmatycznych wskazówek.

Zabawa w detektywa z elementami chowanego

Niemniej w znaczącej większości łamigłówki prezentują bardzo dobry poziom. Są wyszukane, zawiłe, ale nie bezsensownie trudne. Ich rozwiązywanie nie tylko pozwala nam ruszyć dalej, ale także dają możliwość głębszego zrozumienia mitologii Lake Ridden. A poza tym te zagadki są po prostu niezłymi ćwiczeniami dla umysłu, przypominają raczej sudoku, zabawę w detektywa z elementami chowanego niż eklektyczne gry wideo naszych czasów.

Screen z gry Lake Ridden przedstawiający element okrągłej łamigłówki
źródło: https://www.midnighthub.com/

Jedną z nich jest kompletowanie dysków, które pozwolą nam uruchomić świetlną maszynerię i otworzyć bramę. Aby je znaleźć musimy przeczesać przedmurze domostwa, przegrzebać chaszcze oka wodnego, rozwikłać szyfry, a potem jeszcze ułożyć wszystko we właściwej kolejności. Kierunek naszych poszukiwań wskazują subtelne znaki i labirynt ścieżek, które zawsze dokądś prowadzą.

Po 499 słowach przyszedł czas na podsumowanie

To sprawia, że Lake Ridden spokojnie może być nazwane klasyczną, gatunkową grą – z angielskiego „puzzle game” (gra-łamigłówka). Odwołuję się do tytułów spod znaku Myst czy bardziej współczesnego Talos Principle, ale pozbawione jest ciężkiego, filozoficznego ładunku. Jest niezobowiązujące, lecz nie banalne – fabularnie stoi na przyzwoitym poziomie, zadowalając wszystkich fanów weird fiction. Ale prawdziwą ucztą będzie dla tych z Was, którzy nigdy nie powiedzą „nie” dobrej zagadce.

Grę do recenzji udostępnił GOG.com. Znajdziecie ją tutaj.

Urocza psychodela – GNOG [recenzja]