List miłosny dla fanów Castlevanii – Bloodstained: Ritual of the Night [Recenzja]

Bloodstained

Bloodstained: Ritual of the Night stanowi doskonały dowód na to, że marzenia czasem się spełniają. Po tym, jak kultowa seria Castlevania została w brawurowy sposób pogrzebana przez studio Mercury Steam do spółki z Konami mało który fan wierzył, że kiedyś jeszcze ponownie powrócimy do ponurego, pełnego straszliwych bestii i pułapek zamczyska Draculi. Na szczęście Koji Igarashi nie powiedział ostatniego słowa i dostarczył nam grę, która jest zarówno duchowym następcą sagi o łowcach wampirów z rodu Belmont jak i jedną z najlepszych metroidvanii ostatnich lat.

Trudne dobrego początki

Historię powstania Bloodstained można by podsumować znanym porzekadłem „Jeśli chcesz, by coś zostało zrobione dobrze, zrób to sam”. Koji Igarashi, legenda branży i człowiek odpowiedzialny m.in. za sukces gry Castlevania: Symphony of the Night po odejściu z Konami założył własne studio deweloperskie ArtPlay. Uwolniwszy się od wpływów i nacisków wielkiego wydawcy Igarashi-san mógł wreszcie stworzyć taką grę, o jakiej marzył od lat – godnego, choć nieoficjalnego następcę serii Castlevania (prawa do marki pozostały w rękach Konami).

gra
Miejscami klimat aż wylewa się z ekranu.

W 2015 roku Igarashi rozpoczął na Kickstarterze kampanię crowdfundingową gry Bloodstained: Ritual of the Night, reklamowanej jako „duchowy spadkobierca” Castlevanii oraz godny przedstawiciel podgatunku metroidvania. Po czterech latach dewelopingu i licznych zmian koncepcji 18 czerwca tytuł wreszcie ukazał się na Xboxie One, Pececie i PlayStation 4. Tydzień później pojawiła się też wersja na konsolę Nintendo Switch.

I wiecie co? Bloodstained to gra, na którą czekałem od 11 lat, czyli od premiery ostatniej dobrej Castlevanii, jaką było Order of Ecclesia.

Powrót do zamku

Akcja Bloodstained przenosi nas do alternatywnej historii osiemnastowiecznej Anglii, gdzie magia, alchemia i wszelkie zjawiska paranormalne są na porządku dziennym na równi z postępującą rewolucją przemysłową. W wyniku działań żądnych władzy alchemików świat stanął na krawędzi zagłady. Wszędzie wokoło piekielne demony sieją chaos i zniszczenie, a źródło tego nieszczęścia czai się w pewnym tajemniczym zamczysku.

Posprzątanie tego bałaganu spada na barki Miriam – młodej dziewczyny obarczonej potężną klątwą. Przekleństwo daje bohaterce dostęp do potężnych, piekielnych mocy , ale równocześnie stopniowo zmienia jej skórę w kryształ. Miriam rusza w głąb zamku, by uwolnić swojego dawnego przyjaciela spod wpływu złych sił i niejako przy okazji uratować świat przed zagładą (a siebie przed transformacją w kosztowną rzeźbę).

Bloodstained

Pomimo całkiem interesującego settingu sama fabuła nie jest mocną stroną Bloodstained. Wszystkie postacie z główną bohaterką na czele są pozbawione ciekawych osobowości i szczerze wątpię, bym za miesiąc wciąż pamiętał o kimkolwiek. Prosta historyjka o ratowaniu świata stanowi zaledwie pretekst do przemierzania kolejnych poziomów zamku, a twist fabularny serwowany pod koniec jest tak oczywisty, że z łatwością można go przewidzieć na wiele godzin przed finałem.

Nie poczytuję tego jako specjalnie dużą wadę – wszak tytuły z serii Castlevania nigdy nie błyszczały fabułą stawiając na rozgrywkę i eksplorację. Jeżeli jednak szukacie gry z ciekawą historią, srogo się zawiedziecie. Na szczęście jest to właściwie jedyna istotna wada Bloodstained. Cała reszta prezentuje poziom z najwyższej gatunkowej półki.

Metroidvania na medal

Zostawmy już te mało zajmujące niuanse fabularne i skupmy się na tym, co w tej produkcji naprawdę błyszczy – czyli rozgrywce. Jak się w to właściwie gra? Cóż, Bloodstained jest metroidvanią w każdym calu, więc jeżeli kiedykolwiek graliście w dowolnego przedstawiciela gatunku od razu poczujecie się jak w domu.

Bloodstained

Domem tym ponownie okaże się monumentalny, wypełniony pułapkami i potworami gotycki zamek, którego wszystkie komnaty tworzą jeden wielki labirynt. Wiele mijanych przejść i sekretów jest dla nas początkowo niedostępnych, ponieważ wymagają zdobycia określonej zdolności. I tak, by zwiedzić rozległe, wilgotne podziemia rozciągające się pod zamczyskiem konieczna jest umiejętność oddychania pod wodą, a do wyżej położonych półek nie dostaniemy się bez opanowania podwójnego skoku. Kluczowe jest więc zaglądanie w każdy kąt i częste powracanie do wcześniej odwiedzonych komnat po tym, jak już zdobędziemy określoną moc.

Powyższy schemat jest uniwersalny w obrębie gatunku i niespecjalnie zmienił się od 25 lat, czyli od premiery pierwszej metroidvanii jaką był Super Metrioid. Ale to nic nie szkodzi, bo ta wysłużona formuła wciąż sprawdza się doskonale i nie zestarzała się ani odrobinę. Bloodstained garściami czerpie z dorobku słynnych poprzedników (zwłaszcza z poprzednich dzieł Kojiego Igarashiego), ale robi to umiejętnie i z szacunkiem dla materiału źródłowego. Oczywiście najmocniej rzucającą się w oczy inspiracją jest Symphony of the Night. Kiedy po raz pierwszy trafiłem do lokacji Tower of Twin Dragons od razu poczułem się jak dzieciak, który siedząc przed wysłużonym PlayStation mozolnie skakał po kołach zębatych w The Clock Tower. Takich smaczków i nawiązań do dawnych tytułów Igarashiego jest w grze całe mnóstwo.

Piękno i bestie

Skoro już o lokacjach mowa, to są one jednym z największych plusów Bloodstained. Każde miejsce posiada własny, unikalny klimat, odrębną architekturę oraz zestaw przeciwników. Wspomniana wieża zachwyca setkami kół zębatych i mechanizmów majestatycznie obracających się na tle nocnego nieba, podziemną pustynię otacza aura tajemniczości z jej grobowcami i ruchomymi piaskami, a sekretna biblioteka aż się prosi o dogłębną eksplorację i zbadanie wszelkich sekretów, które w sobie kryje.

Bloodstained
Zatańczymy?

Oprawa graficzna łącząca w sobie obiekty 3D z dwuwymiarowymi tłami prezentuje się znakomicie. Może i tekstury nie są najostrzejsze na rynku, a cutscenki na silniku gry wyglądają dość topornie, ale warstwa artystyczna zdecydowanie nadrabia te niedostatki. Projekt zamku to absolutna gatunkowa czołówka. Niemal każda lokację wypełniają liczne detale takie jak świeczniki rozbłyskujące w głębi katedralnych korytarzy czy stosy ksiąg zalegające w bibliotece. Do tego dodajmy świetnie animowane maszkary oraz efektowne eksplozje i rozbłyski towarzyszące rzucanym czarom, a w efekcie otrzymamy jedną z najładniejszych metroidvanii na rynku. Dopełnieniem oprawy jest świetna symfoniczna muzyka, która idealnie potęguje klimat przygody w gotyckim stylu. Posłuchajcie choćby utworu Gears of Fortune. Aż chce się chwycić za miecz i usiec kilka wilkołaków!

Lokacje są piękne, ale równocześnie piekielnie niebezpieczne. Wszak mówimy tu o zamczysku z piekła rodem, będącego domem dla wszelkiej maści demonicznego pomiotu. Przeciwnicy to doskonale znana klasyka. Zakuci w ciężkie zbroje rycerze miotają w nas toporami jak za starych dobrych czasów, wielkie, ziejące ogniem smoki budzą respekt, a ciskające błyskawicami harpie potrafią zajść za skórę. Szeregowi przeciwnicy stanowią zaledwie przystawkę przed daniem głównym, jakim są pojedynki z licznymi bossami. Starcia z szefami są efektowne i różnorodne, czasami potrafią też nieźle zaskoczyć. Jeden z bossów w trakcie walki ukradł mi całe posiadane złoto i wzmocnił za jego pomocą własną pulę zdrowia. A mówią, że pieniądze szczęścia nie dają…

Dobrze, że po ubiciu tego demona odzyskałem ciężko zarobiony majątek, ponieważ złoto w Bloodstained zdecydowanie się przydaje. Cenny kruszec szczodrze wysypuje się z niszczonych świeczników, kandelabrów lub też zalega w znajdowanych w zamku skrzyniach. Walutę, niczym w rasowym erpegu wydajemy na nowy sprzęt dla Miriam – oręż, zbroje czy magiczną biżuterię zapewniającą określone bonusy. Równie klasyczny jest też system progresji. Zabijając wrogów zyskujemy kolejne poziomy, które nagradzają nas premią do zdrowia, many oraz szeregu statystyk takich jak siła, zręczność, inteligencja itp. Słowem – erpegowy standard, który sprawdza się bardzo dobrze i skutecznie motywuje do grania.

Kryształem i mieczem

Wrogów i wszelkich niebezpieczeństw na drodze do celu w Bloodstained nie brakuje, ale na szczęście Miriam nie jest wcale bezbronną panienką. Klątwa tocząca jej ciało pozwala na przejmowanie mocy od pokonanych przeciwników. Działa to na identycznej zasadzie jak system dusz z Arii of Sorrow. Każdy pokonany wróg może pozostawić po sobie fragment kryształu oferujący określoną zdolność. Owe czary dzielą się na kilka kategorii, takie jak moce ofensywne, wzmacniające statystyki czy przywołujące do pomocy magicznych chowańców. Zdobyte kryształy możemy dodatkowo wzmacniać u specjalnego rzemieślnika potęgując tym samym ich efekty.

Czarów do zdobycia jest całe mnóstwo, więc miłośnicy eksperymentowania, do których sam się zaliczam, z pewnością zagłębią się w tym systemie na wiele godzin. Do tego dodajmy solidny zestaw różnorakiej broni, z których każdą walczy się trochę inaczej. Mamy tu powolne, ale zabójcze morgenszterny, lekkie sztylety, broń dystansową, a nawet ogromne miecze rozmiarami przewyższające samą Miriam – jest w czym wybierać.

boss-smok
Starcia z bossami potrafią być spektakularne

System walki jest łatwy w założeniu i opiera się na wyprowadzaniu prostych ciosów bronią naprzemiennie z rzucaniem wybranych czarów. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć build oparty wyłącznie na magii lub taki, w którym moce kryształów wzmocnią jedynie obrażenia od oręża. Same potyczki są dynamiczne i sprawiają mnóstwo satysfakcji, zwłaszcza jeśli skupicie się na korzystaniu z zaklęć, które potrafią być niezwykle efektowne. Czego tu nie ma! Fioletowe błyskawice, które same namierzają wrogów, ogniste słupy spopielające wszystko na swojej drodze, wiązki energii niczym kultowa Kamehameha w wykonaniu Goku lub ogromne szpony, które rozerwą na strzępy wszystko, co im się nawinie. Korzystanie z kryształów było tak przyjemne, że praktycznie nigdy nie odpuszczałem żadnej walki i każdorazowo czyściłem komnaty z wszelkich napotkanych wrogów, nawet jeśli nie musiałem tego robić.

Rysy na zamkowym murze

Chwalę to Bloodstained i chwalę, ale przecież nie wszystko musiało pójść idealnie, prawda? Rzeczywiście tak jest. Oprócz wspomnianej już miałkiej fabuły znajdzie się jeszcze kilka pomniejszych bolączek, na szczęście żadna z nich nie wpływa znacząco na odbiór całości. Przede wszystkim gra okazjonalnie potrafi nieprzyjemnie „chrupnąć” w momentach, w których na ekranie dzieje się wiele rzeczy naraz. Dwa razy też tytuł całkowicie się zawiesił, przez co zmuszony byłem do restartowania konsoli. Było to szczególnie irytujące, ponieważ grę zapisujemy tylko w określonych miejscach, a te potrafią być dość znacznie od siebie oddalone. Miejmy nadzieję, że przyszłe aktualizacje naprawią wszystkie techniczne niedoskonałości.

Bloodstained jest też dość łatwą produkcją, zwłaszcza dla weteranów gatunku. Może zostałem trochę skrzywiony przez Hollow Knighta i Sekiro, które skutecznie podnosiły mi ciśnienie (i pewnie znacznie skróciły życie), ale faktem jest, że grając w Bloodstained ani razu nie zaciąłem się na dłużej. Większość bossów położyłem za pierwszym razem, łącznie z finałowym oponentem, a największą trudnością w trakcie całej przygody stanowiły nie walki, a wymyślanie, jak dostać się do określonej części zamku. Po jednorazowym ukończeniu fabuły odblokowuje się wprawdzie wyższy poziom trudności, ale nie każdy znajdzie czas i chęci by przechodzić całość ponownie.

Bloodstained

Klasyka w nowym wydaniu

Bloodstained: Ritual of the Night to gra stworzona od fanów dla fanów i rzeczywiście tylko weterani Castlevanii będą w stanie w pełni docenić liczne nawiązania do poprzednich odsłon, easter eggi oraz serce, jakie Koji Igarashi włożył w każdy aspekt swojej produkcji. Po latach oczekiwań otrzymaliśmy cudowną laurkę i zarazem hołd złożony kultowej marce, która ukształtowała miliony graczy, w tym również i mnie.

Jednocześnie także osoby, które nigdy wcześniej nie miały z Castlevanią czy nawet z żadną inną metroidvanią do czynienia, powinny bawić się znakomicie. Piękna grafika cieszy oko, a intuicyjny system rozwoju postaci daje olbrzymią frajdę i wciąga jak bagno. Ja spędziłem z Bloodstained ponad 30 godzin i wciąż mam ochotę na więcej.

A zatem – najlepsza metroidvania w historii? Mimo wszystko tytuł ten w dalszym ciągu należy do Hollow Knighta, który zawiesił poprzeczkę niesamowicie wysoko. Jeśli jednak studio ArtPlay nie osiądzie na laurach, to za kilka lat możemy spodziewać się nowego króla na zamkowych włościach.

Metroidvania ze światem jak Dark Souls? Blasphemous! [recenzja +18]

Metroidvania ze światem jak Dark Souls? Blasphemous! [recenzja +18]

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o