The OA – uczucia mieszane

The OA
THE OA

Zadziwia mnie ilość przytłaczająco pozytywnych opinii na temat tego serialu. Nie zrozumcie mnie źle – The OA zdecydowanie nie jest serialem tragicznym (skłaniałabym się ku określeniu go mianem średniaka, mimo wszystko takiego nawet pozytywnego), chociaż nie ulega wątpliwości, że momentami jest to produkcja skrajnie… dziecinna w sposobie, w jaki została napisana. Jako że od zarania dziejów przebywam w różnych miejscach internetu, a swojego czasu naprawdę długo przebywałam w rejonach oscylujących wokół amatorskiej pisaniny nastolatków, nie mogę przemilczeć skojarzenia, jakie nasunęło mi się po obejrzeniu trzeciego odcinka The OA: ten serial to nie więcej, nie mniej niż „blogaskowe opko”, w dodatku noszące znamiona jednej z największej zbrodni początkujących autorów. Mianowicie główna bohaterka to dość ewidentne alter ego jednej z twórców scenariusza. Z czego to wywnioskowałam? Cóż, wystarczyły dwa fakty: tytułowa OA to najbardziej sztampowa odsłona Mary Sue, z jaką od dłuższego czasu spotkałam się na małym ekranie, jest także grana przez Brit Marling, odpowiadającą właśnie za stworzenie scenariusza. (Przypadek?) Tutaj aż mam ochotę zasadzić wirtualnym zniczem, naprawdę, ale może lepiej postawmy na minutę ciszy.

Pozytywnie rokujący początek

Ale zacznijmy od początku – od pierwszego odcinka. Nie był idealny, miał swoje problemy, jednak otwarcie stawiał dostatecznie dużo pytań, by na moment zamydlić mi oczy, omamić obietnicą, że skoro w pełnej świadomości przedstawiają te pytania widzowi, wraz z rozwojem fabuły są w stanie zasadnie na nie odpowiedzieć, a te odpowiedzi dobrze uargumentować. (Jak się później okazało, nic bardziej mylnego). Wtedy, w swojej radosnej naiwności, byłam jeszcze ciekawa, jak to wszystko może się potoczyć, chciałam poznać tajemniczego Homera i dowiedzieć się, dlaczego OA aż tak bardzo na nim zależy, z czego to wszystko wynika, co tak naprawdę się jej przydarzyło. Co ważniejsze, byłam też bardzo pozytywnie nastawiona względem pobocznych bohaterów – bandy niekompatybilnych osób (nastolatkowie w różnym wieku oraz nauczycielka), dość barwnej zgrai. W pierwszym odcinku zarysowano te postaci na tyle dobrze, że rokowały pozytywnie, zdawało się, że rozwój akcji z ich udziałem potoczy się ciekawie…

I ponownie – nic bardziej mylnego. O ile w pierwszym odcinku OA zrzeszyła tych bohaterów oraz nakłoniła ich do wysłuchania jej opowieści (której opowiadanie rozpoczyna w drugim odcinku sezonu), w życiu nie spodziewałam się, że twórcy serialu tak bardzo zrównają z ziemią największy nośnik potencjału w swojej (użytej tutaj nieco ironicznie) twórczości. Jak się okazało, wszystkie, dosłownie wszystkie postacie poboczne zostały zdegradowane do poziomu rekwizytów, które przez cały sezon (pomijając pierwszy odcinek, rzecz jasna) są potrzebne jedynie do tego, by siedzieć na strychu przed OA i słuchać jej nieskończonej, ciągnącej się całą wieczność historii o… sobie, bo o kim innym, prawda?

The OA – OA i jeszcze raz OA

Jeżeli ktoś jest ciekawy, jakim cudem przez cały sezon garść bohaterów ma co robić jedynie w pierwszym odcinku, już śpieszę z wyjaśnieniami – siedem na osiem odcinków The OA to jedna wielka retrospekcja. Tak, dobrze mnie zrozumieliście: w tym czasie w żaden sposób nie dochodzi do jakiegokolwiek istotnego przełomu fabularnego w teraźniejszości, nic takiego nie ma tam miejsca. Teraźniejszość jest narzędziem fabularnym służącym do wielokrotnego podkreślenia, jak to wielce niezrozumiana jest nasza główna bohaterka, a zarazem jaki z niej jedyny w swoim rodzaju płatek śniegu, w dodatku mistyczny i uduchowiony ponad miarę, ponad to, do czego kiedykolwiek mógłby aspirować przeciętny zjadacz chleba. Oczywiście w godzinnym odcinku zwykle znajdowało się miejsce na wstawienie paru radosnych ujęć gromady przybłęd słuchających OA w najwyższym skupieniu (bo jakże inaczej mogliby traktować doprawdy rasową Mary Sue), jednak żeby uświadczyć czegoś poza wspólnym siedzeniem w kółeczku… z tym już był problem. Nie ukrywam – podjęto dość nieumiejętne próby rozwinięcia wątków tych postaci, niestety te momenty (jak na ośmiogodzinną produkcję) okazały się na tyle ubogie w informacje, na tyle nijakie (zupełnie nie stymulowały do snucia własnych rozmyślań na temat charakterów czy celów postaci poza tym, co podstawiano widzowi pod nos) i na tyle krótkie, że właściwie wszystko, co mogę powiedzieć o pobocznych bohaterach, byłoby oparte tylko na pierwszym odcinku sezonu, czyli na tym, gdzie zaczęli i skończyli się liczyć fabularnie.

Bo tak naprawdę w The OA liczy się jedna, jedyna rzecz i nie, nie jest nią dość naiwna otoczka mistycyzmu czy eksploracja uduchowienia. Tutaj liczy się tylko i wyłącznie OA – to serial, któremu główna bohaterka skradła tytuł, skradła całą fabułę na rzecz snucia swej rozwlekłej do przesady historii, skradła światła reflektorów wszystkim dookoła, łącznie z drugą (rzekomo) najważniejszą postacią. Rzecz jasna nie zrobiła tego w sposób pozytywny – nie przyćmiła wszystkiego, co było do przyćmienia, swoją złożonością, charakterem, działaniami czy niecodziennymi doświadczeniami, a tym, że cały scenariusz został napisany w taki sposób, by nie dać nikomu ani niczemu innemu równej z nią szansy. Tutaj nie byłam zaskoczona – to taktyka typowa dla początkujących pisarzy, którzy nie potrafią stworzyć ciekawego bohatera bez działania na szkodę reszty postaci oraz (co za tym idzie) nieświadomego okaleczania własnej fabuły.

Schemat akcji na wstecznym

Wspominałam już o tym, że akcja dzieje się w dwóch miejscach – teraźniejszości i przeszłości, jednak tym razem na moment zatrzymam się nad tym drugim, bo temat teraźniejszości już wyczerpałam. W – jak to lubię nazywać – wiecznej retrospekcji zdarzenia zaczynają tak skrajnie popadać pod własny schemat, że to w sumie aż fascynujące. Z jednej strony mamy bohaterkę, której niby śpieszy się z posunięciem do przodu akcji właściwej (przeprowadzenia misji ratunkowej wymagającej szybkiego działania), a z drugiej nasza OA potrafi opowiadać o tym samym w kółko, tyle że nieco pozmienia szczegóły wydarzeń. Rzecz jasna, tutaj mam na myśli wielokrotne próby ucieczki z uwięzi, zawsze kończące się fiaskiem, swoją drogą tak bardzo nieprzewidywalnym jak to, że od mniej więcej połowy sezonu można było się zorientować, że OA znikąd nie ucieknie do czasu, aż szalony doktorek nie uwięzi mistycznej piątki naiwniaków w swojej piwnicy. Faktem, który uważam za istną zbrodnię, byłoby to, że na rzecz powtarzalnego, po pewnym czasie skrajnie nudnego dreptania w kółko musiało ucierpieć wiele innych wątków, nawet te kluczowe dla fabuły. Chodzi oczywiście o relacje między OA a bohaterami uwięzionymi wraz z nią w szklanych klatkach – o ile nie liczyłam na poznanie dwóch nieistotnych (ze względu na, nie ukrywajmy, wszechzajebistość OA) współwięźniów, nie sądziłam, że Homerowi poświęci się tak marginalną ilość czasu. Nie dość, że między aktorami odgrywającymi postacie OA i Homera nie było widać choćby odrobinki chemii, której brak mogłoby zrekompensować dobre sporządzenie oraz sprzedanie widzom ich relacji zawarte w scenariuszu, to niestety… nawet na to nie znalazło się tam miejsce. Tak. Twórcy serialu chyba myśleli, że przejmę się tą dwójką tylko dlatego, że są jedyni w swoim rodzaju, wręcz Wyjątkowi. No niestety – jeżeli miałabym uwierzyć, że dla OA Homer jest ważny i możliwie niezastąpiony, nasza droga Mary OA Sue musiałaby z nim przeprowadzić więcej rozmów niż tyle, co mogłabym zliczyć na palcach jednej dłoni. Nie przesadzam, jestem przekonana, że oni częściej ćwiczyli coś, co żartobliwie nazywam „duchowym taekwondo” (seria barrrdzo, ale to barrrdzo mistycznych ruchów), niż ze sobą rozmawiali, co chyba świadczy samo za siebie.

Pozwalam sobie podejrzewać, że Homer nie dostał dostatecznej ilości czasu antenowego ze względu na to, że po prostu w żadnym wymiarze nie może się równać z arcymistrzowską OA. Biedaczek nie dostał sztampowego do bólu origin story (rosyjskie pochodzenie, ojciec z metodami wychowawczymi zakrawającymi o niebezpieczne), umiejętności przewidywania przyszłości (OA przewidziała własną śmierć), traumatycznego dzieciństwa (już jako ślepa kruszynka wychowywała się w melinie u ciotki, ostatecznie została sprzedana za gruby pieniądz nowym rodzicom, którzy potem faszerowali ją prochami ze względu na problemy psychiczne) i jeszcze bardziej traumatycznego wkroczenia w dorosłość, choć to nieco podzielają. Czyli – „jednym słowem” – zwykła, szara postać musi znajdować się w cieniu żywej definicji Mary Sue.

Ale czymże byłaby recenzja serialu wychwalanego za genialną mistyczną atmosferę, klimat zagadki, eksplorowanie niewyjaśnionego, jeżeli nie wspomniałoby się o tych aspektach fabularnych? Już wspominałam, że uznaję to za dość naiwną, uroczą próbę poruszenia takich tematów. Dlaczego? Jakby to ująć… W The OA nie podejmuje się próby wyjaśnienia czegokolwiek. Na początku stawiają przed widzem pytania, obiecują odpowiedzi, jednak nigdy żadnych nie dostarczają – wprost czy nie. Mistyczną atmosferę buduje się tam głównie na podkreślaniu, że rekwizyty muszą zostawiać otwarte drzwi w domu, bo tak (oczywiście przez siedem odcinków nikt z domowników się nie zorientował, nikt nie postanowił sprawdzić, czemu w domu ciągnie mrozem, wiadomo), a także na próbie uzasadnienia niektórych wydarzeń faktem, że OA jest wyjątkowa, więc dookoła dzieją się równie wyjątkowe rzeczy. W pierwszym odcinku nawet insynuuje się, że wpływa na wolną wolę swojej zgrai rekwizytów, co – biorąc pod uwagę, że ich życia stają się uzależnione od jej strychowych opowieści – w sumie nie powinno mnie aż tak szokować. Co prawda, gdyby okroić serial z wszystkich niedociągnięć czy głupot opisanych w poprzednich akapitach, szczerze mówiąc, naiwność mistyczności tego serialu nie raziłaby aż tak bardzo, mogłabym przymknąć na nią oko. Niestety, kiedy argumentami twórców scenariusza są argumenty typu „bo tak” czy „bo nasza bohaterka jest jedyna w swoim rodzaju”, wiedzcie, że produkcja będzie naprawdę słaba, nieważne, czy daruje się twórcom parę błędów, czy nie.