Świat innymi oczami – „Player One” [RECENZJA]

Player One
fot. materiały dystrybutora

Po 10 latach opowiadania przesyconych polityką, opartych na faktach historii oraz okazjonalnych wycieczek w kierunku kina animowanego, Steven Spielberg powraca tam, gdzie zdobył największą sławę – do kina przygodowego. Uznawany za współtwórcę nurtu Kina Nowej Przygody amerykański reżyser kreuje Player One na testament swojej twórczości.

Od pierwszych kadrów podskórnie wyczuwalne jest autorstwo projektu. Spielberg upodobał sobie naburmuszonych outsiderów o niesamowitej sile ducha, takim bohaterem jest też Wade Watts (Tye Sheridan). Podobnie jak Guillermo del Toro, Amerykanin pozostał dzieckiem po dzień dzisiejszy – i to w dobrym tego słowa znaczeniu. Najgłośniejsze produkcje reżysera okazywały się gigantycznymi hitami kasowymi, często nabierając kultowego statusu wraz z upływem lat (Szczęki, E.T.).

Ostatnie lata nie były jednak dla niego łaskawe. Chociaż tegoroczną Czwartą władzę nominowano do Oscara w kategorii najlepszy film, od dawna w hollywoodzkich kuluarach mówi się raczej o tym, że wyróżnienia spadają na Spielberga bardziej za nazwisko niż faktyczną jakość produkcji. Player One pojawia się zatem w momencie, w którym reżyser potrzebuje ponownej afirmacji swojego talentu. W przeciwnym wypadku skazany będzie na nostalgiczne reminiscencje publiczności, czyli w skrócie… na wymarcie.

Player OneKino przygodowe wiecznie żywe

Fabuła Player One opiera się na sprawdzonym formacie opowieści o bohaterze, który ma za zadanie zburzyć panujący stan rzeczy. Pozornie żyjący w 2045 roku ludzie nie mają zbyt wielu zmartwień. Nagminne jest uciekanie do wirtualnej rzeczywistości – OASIS – w której podobnie jak w wielu dzisiejszych grach, uczestnicy przeżywają swoje wzloty i upadki, tracą majątki, przechodzą kolejne poziomy, zdobywają przyjaźnie i miłości. Różnica polega jednak na tym, że OASIS jest dużo bardziej interaktywne od znanych nam symulacji. Jego twórca przed śmiercią postanowił, że gracz, który jako pierwszy odnajdzie klucze starannie ukryte w wirtualnej rzeczywistości, uzyska prawa do majątku twórcy, a tym samym poniekąd kontrolę nad umysłami wielu ludzi. Jak nietrudno się domyślić, polowanie na klucze urządza już pewna organizacja, dowodzona przez kreowanego na szwarccharakter, Bena Mendelsohna.

Będący adaptacją bestsellerowej powieści Player One brzmi jak materiał napisany z myślą o Spielbergu. Nie dziwi więc, że w rękach legendy kina projekt nabiera rumieńców. Reżyser tchnął życie w głównych bohaterów, pomimo że ich charakterystyka w scenariuszu zajmuje minimum miejsca. O Wadzie Wattsie wiemy wystarczająco, by widzieć w nim bohatera z krwi i kości. Najciekawsze postaci zobaczymy jednak w OASIS, bo to awatary prowokują zwroty akcji i to one autentycznie intrygują. Kiedy historia koncentruje się na świecie rzeczywistym, film gwałtownie traci rozpęd.

Player OneSiłą Playera One jest dynamiczne zawiązanie akcji, które od razu uświadamia widzowi, że ma do czynienia z żywą tkanką filmową, pulsującą materią, na której zostało odciśnięte piętno twórcy o zdefiniowanym stylu. Choć wizualia nie porywają tak, jak powinny, pierwsze dwa akty to zgrabna, prosta historia o szczerych intencjach. Rozczarowaniem okazuje się banalny, schematyczny finał, którego ambicje ograniczają się do pozamykania wszystkich wątków.

Popkulturowy tygiel

Widz nie uzyska wytłumaczenia, dlaczego centrum zainteresowania młodych bohaterów są lata 80., do których twórcy ostatnimi czasy odnoszą się niezwykle często (Stranger Things). Nie mogę jednak mieć tego za złe, skoro na ścieżce dźwiękowej pojawiają się największe przeboje Van Halena, Joan Jett, New Order, Twisted Sister i królów disco lat 70. – Bee Gees. Pulsuje nie tylko obraz, ale i warstwa muzyczna.

Player OneWade, Samantha, Aech i Sho (brawo za wykorzystanie nieopatrzonych jeszcze w Hollywood twarzy) z uwielbieniem spoglądają 60 lat wcześniej, na dekadę, w której królował synthpop, hair metal i podkręcone wynalazkiem syntezatorów disco. Spielberg dodaje dodatkowe elementy ikonografii lat 80., żeby jeszcze mocniej podbić aspekt nostalgiczny. Tym samym Player One to film podwójnie sentymentalny: bohaterowie tęsknią za czasami, których znać nie mogą, a Spielberg wywołuje tęsknotę za początkami swojej twórczości i kinem ikon wizualnych pokroju King Konga.

Filozofia, technologia i labirynt cytatów

Najnowsza produkcja Amerykanina to amalgamat wszystkiego, co dobre i złe w jego twórczości. Gdzieś pod warstwą rozbuchanych efektów specjalnych i banalnych puent czaił się dużo większy potencjał – potencjał na kino ikoniczne, godne cytowania, zapisujące się w historii. Player One nie stanie w szranki z E.T. czy Indianą Jonesem.

Player OneTo, z czym pozostajemy po seansie, to przede wszystkim intertekstualność. Player One jest prawdziwą intelektualną orgią dla poszukiwaczy cytatów i symboli z innych filmów. Cieszy łatwość i pomysłowość, z jaką dzieło Spielberga wchodzi w dialog z klasycznymi pozycjami kinematografii, zwłaszcza ze Lśnieniem. Przyjemność sprawia również refleksja nad konceptami, które mogłyby zostać rozwinięte, gdyby film pretendował do miana prowokującej intelektualnie rozrywki.

Skoro w OASIS można mieć wszystko, czy życie w realu ma jeszcze wartość? Dlaczego i czy w ogóle jesteśmy skazani na upadek cywilizacji? Player One (nie zawsze z powodzeniem) próbuje przybliżyć styl życia i filozofię gamerów. Aż chce się zanucić za Depeche Mode fragment utworu ze zwiastuna: pozwól, że zabiorę cię w podróż dookoła świata i nie będziesz musiał się ruszać z miejsca (…) Pozwól, że pokażę ci świat moimi oczami.