Przełamując wszelkie bariery – “Kształt wody” [recenzja]

Wielkie dziecko kina, Guillermo del Toro, powraca w wielkim stylu. Obsypany nominacjami do Oscara Kształt wody jest odważnym głosem w dyskusji na temat wszechmocnego panowania człowieka.

Po 33 latach od rozpoczęcia kariery filmowej Guillermo del Toro składa ostateczny testament swojemu dorobkowi  – nominowany do Oscara w 13 kategoriach Kształt wody jest filmem na wskroś przesyconym cechami kina tego reżysera: od fantasmagorycznej baśniowości znanej z Hellboy’a czy Labiryntu fauna, po wielkie umiłowanie dla samej sztuki filmowej.

Niema Elisa (Sally Hawkins) pracuje w rządowym laboratorium jako sprzątaczka. Nie po raz pierwszy meksykański twórca zaprasza widzów do świata widzianego z perspektywy outsidera. W życiu kobiety nie ma nic szczególnie osobliwego: ciąg identycznych, powtarzalnych poranków, praca i relacje z nielicznymi bliskimi. Nawet przyjaźń ze starszym sąsiadem (Richard Jenkins) nosi w sobie coś przewidywalnego, jakiś uporczywie powtarzany schemat, podobny do ciągu napoczętych kawałków ciast, znajdujących się w jego lodówce. Wszystkie pierwszoplanowe postaci zostały nakreślone grubą kreską; to czarno-biały, baśniowy świat, w którym złe czyny nie znajdują usprawiedliwienia, a dobro zasługuje na zwycięstwo. Uporządkowany mikrokosmos Elisy wywraca do góry nogami pojawienie się człekopodobnej istoty, przetransportowanej do laboratorium z lasów Ameryki Południowej.

Kształt wodyDyskretny urok kina

Wielu widzów dostrzeże w Kształcie wody szlachetny i nienachalny hołd złożony kinematografii, przede wszystkim złotej erze Hollywood. Nie chodzi jednak tylko o krótką wstawkę musicalową. Od subtelnej, podszytej francuską nutą muzyki (która nie zaskakuje, wszak kompozytor Alexandre Desplat pochodzi właśnie z kraju nad Sekwaną), po skąpaną w głębokich barwach scenografię – wszystko tu pachnie tęsknotą za dawnymi, prostszymi czasami. Kolorystykę można interpretować w duchu filmowej teorii koloru: w miarę rozwoju akcji do pastelowych odcieni przynależnych Elisie wkrada się coraz więcej czerwieni. Barwa ta symbolizuje rodzące się między nią a tajemniczą istotą uczucie.

Operator Dan Laustsen umiejętnie włada światłocieniem, wydobywając na ekranie to, co w danej chwili najbardziej interesujące. Fascynuje, jak niewiele w Kształcie wody naturalnego światła: większość pomieszczeń spowija mrok, budowany m.in. przy użyciu filtrów. Mrok, który doskonale znamy z wnętrza sali kinowej. Sposób, w jaki świat przedstawiony widzi kamera, sugeruje widzowi, jak ma postrzegać go on sam, czyli jako wysoce stylizowany romans w prawdziwie oldschoolowym stylu.

Cywilizacja vs. natura

A przecież jednocześnie to o wiele więcej. Zdecydowanie mniejsza część publiczności zdaje się zauważać, że Kształt wody to także film o podziałach i egoizmie. Przeszkodą na drodze związku Elisy i człowieka-amfibii nie jest różnica pochodzenia, stanu majątkowego czy nawet przynależności rasowej. Czy można wyobrazić sobie większy podział niż różnicę gatunku? To właśnie odrębność gatunkowa stanowi fundamentalną, największą granicę, separującą tych dwoje. Tymczasem, jak słusznie zauważa Elisa, wziąwszy pod uwagę jej niepełnosprawność, ona i istota wcale nie różnią się tak bardzo, jak mogłoby się wydawać.

Kształt wody w delikatny, niemal podprogowy sposób zadaje trudne pytania o naturę człowieczeństwa i prawo do miłości. Del Toro obnaża egoizm i uprzywilejowaną pozycję człowieka współczesnego, nie stroniąc od nawiązań do podziałów rasowych, funkcjonujących we współczesnym świecie. Ubierając Michaela Shannona w klasyczny kostium czarnego charakteru, sprawia, że staje się on symbolem wszystkiego, co ze współczesnością nie tak. Reżyser i scenarzysta w jednym nie zapomina wzbogacić go o głębszy rys, pokazać choć skrawek jego życia rodzinnego, dzięki czemu postać staje się pełniejsza i bardziej wiarygodna. Okrucieństwo, brak zrozumienia dla fizycznej odmienności (doskonała kwestia dialogowa dotycząca podobieństwa Boga do człowieka!), przekonanie o własnej wyższości, absolutna uzurpacja praw i władzy – czyż nie na tym zbudowaliśmy cywilizację?

Humanitarny duch unoszący się nad Kształtem wody mógłby skłonić do przyrównania go do innego, równie idealistycznego filmu – do Avatara, a jednak tam, gdzie Cameron zawodzi, del Toro wychodzi obronną ręką, starając się, by zarówno kinofilia, jak i pochwała szacunku dla odmienności, były zarysowane subtelnie, a nie przytłaczały całą konstrukcję filmu. Kiedy więc mowa o hołdzie złożonym dawnemu kinu, nie przypomina on w niczym napuszonego ponad wszelkie granice Artysty czy wykalkulowanego La La Land.

Mieszana recepcja

Proporcjonalnie do liczby wyróżnień, Kształtowi wody przybywa zdecydowanych przeciwników. Odczuwanie czaru kina del Toro jest rzeczą szalenie subiektywną, mamy przecież do czynienia z prostoduszną i jakże niemodną historią o dobru, człowieczeństwie i sile miłości. Czerpanie pełni satysfakcji z seansu może mieć miejsce jedynie przy zgodzie na zawieszenie realności i zaufaniu twórcy, że skoro mowa o gatunku fantasy, głębsza analiza ciągów przyczynowo-skutkowych mija się z celem. Siłą filmu del Toro jest nie tyle ważność poruszanych w nim tematów, ile sposób, w jaki zostają wprowadzane – z lekkością i przekonaniem, że poruszą wrażliwców, do których reżyser z pewnością się zwraca. I właśnie te jednostki docenią minimalistyczne aktorstwo Sally Hawkins, ciepło bijące od postaci Richarda Jenkinsa i Octavii Spencer czy zimną fasadę etatowego bad guy’a, Michaela Shannona. A wreszcie najważniejsze: jak to możliwe, że ubrany w precyzyjnie skonstruowany kostium Doug Jones jako człowiek-amfibia jest tak fascynująco… ludzki?

fot. materiały dystrybutora