Gry

W doskonałych proporcjach | Gorogoa [recenzja]

Gorogoa jest grą logiczno-przygodową w 2D, która subtelnie podważa to, z czym gry wideo kojarzą nam się na co dzień. Jej oniryczna estetyka funkcjonuje w symbiozie z mechaniką rozwiązywania zagadek wymagającą odrzucenia standardowej logiki w kąt. Nie graliście jeszcze w coś takiego.

Jason Roberts, autor gry, tworzył ją aż siedem lat. Pierwotnie projekt miał być interaktywnym komiksem, jednak w 2011 Roberts podjął decyzję o zmianie medium i… rzucił pracę. Po upływie trzech lat jeszcze nieukończona Gorogoa zdobyła nagrodę Independent Games Festival Awards, a produkcję wsparło Indie Fund. W 2016 roku gra trafiła pod szyld Annapurna Interactive (grową dywizję Annapurna Pictures, odpowiedzialną między innymi za What Remains of Edith Finch). Z reguły tak długotrwały proces powstania jakiegoś dzieła skutkuje nękającymi je problemami. Nie w tym przypadku. Roberts poprowadził projekt dokładnie tam, gdzie chciał, nie bojąc się nawet wyrzucać całych, grywalnych już fragmentów, jeśli nie pasowały one do koncepcji całości.

Rozgrywka w Gorogoi nie jest sztucznie wydłużana po to, by gracz mógł „poczuć się usatysfakcjonowany”.  Meandrując po jej sennych ścieżkach w ciągu dwóch godzin doświadczymy więcej niż w niejednej stugodzinnej produkcji. Trzy podstawowe składowe gry wideo – fabuła, mechanika i świat gry – osiągają tutaj bowiem perfekcyjne unisono.

W poszukiwaniu straconego jabłka

Zawiązanie akcji jest proste. Tajemnicze monstrum (tytułowa Gorogoa) nawiedza miasto. Świadkiem tego wydarzenia staje się chłopiec. Istota zdaje się być zagrożeniem, niby bożkiem, którego należy przebłagać, aby nie siał zniszczenia. Mały bohater przypomina sobie – może ze starej baśni – jak tego dokonać. Wyrusza więc w podróż przez wąskie ulice, zroszone deszczem dachy, zapomniane zaułki, samotne przystanki, pożółkłe fotografie,  cztery ekrany i  nieubłagany czas. Jego celem jest znalezienie pięciu owoców ofiarnych.

Zadaniem gracza jest otwierać przed protagonistą nowe ścieżki za pomocą uważnego manipulowania maksymalnie czterema ekranami lub – w komiksowym ujęciu – kadrami. Główną zasadą poruszania się po nich jest przybliżanie i oddalanie. Klikając na interaktywnym elemencie zbliżamy się do niego, przenosząc tym samym w nowe miejsce. Bywa, że jest to drugi pokój; innym razem zaś to wieża widniejąca w oddali czy całkiem nowa rzeczywistość. Czasem kadry należy też układać w odpowiedniej kolejności, kiedy indziej nakładać je na siebie. Niektóre z nich rozłożyć możemy niczym książkę – w nowo wyodrębnionym kadrze powstaje wtedy specyficzna wyrwa. Może przybierać ona różnorakie kształty i po nałożeniu na inny obrazek otwiera przed bohaterem nowe przejścia lub przenosi nas do nowych przestrzeni. Mechanika gry rozbija jej narrację na wiele odrębnych części.

Zagadki, które Gorogoa przed nami stawia, opierają się raczej na wyobraźni niż na sprawnej logice. W przeciwieństwie do innych znanych nam onirycznych gier przygodowych – jak Monument Valley – więcej zyskamy zaprzęgając do działania naszą intuicję. Podczas tej rozgrywki warto się dać porwać nurtowi współtworzonej przez gracza opowieści. Opowiadana przez grę baśń nie istnieje właściwie bez procesu grania. Nie możemy Gorogoi opowiedzieć, ignorując wkład gracza. W tym przypadku budowanie ścieżki przez niego za pomocą manipulowania kadrami jest częścią całej przedstawianej przez grę historii. Bohatera czeka na ruch gracza, daje mu wskazówki. Prawie świadomie pozwala na siebie wpływać. Prawie jakby wiedział, że tam – po drugiej stronie ekranu– ktoś jest.

Zieleń muśnięta deszczem

Wszystkie dokonywane przez gracza czynności nie byłyby możliwe, gdyby nie precyzyjne zaprojektowanie poszczególnych kadrów. Gorogoa nie operuje słowami, wszystko, czego dowiadujemy się o świecie gry jest wyrażone za pomocą jej plastycznej strony. Nakładanie kadrów, łączenie ich czy zbliżanie możliwe jest tylko dzięki temu, że zawarto na nich dokładne wizualne wskazówki. Nie oznacza to, że rozgrywka należy do łatwych. Czasem trzeba przestać wpatrywać się w obraz, ale na niego po prostu popatrzeć. Zobaczyć jako całość, wchłonąć, aby znaleźć wzór, kształt czy fragment obrazu, którego poszukujemy. Sama niejednokrotnie natrafiałam na coś na pierwszy rzut oka nieoczywistego, ale kiedy wreszcie przestawałam „myśleć” i działałam ot tak, to okazywało się, że intuicja brała górę. Coś, co było nie do przejścia, wyglądało tak prosto jak obserwacja chmur w słoneczny, letni dzień.

Taki też jest wizualny powab tej gry. Nienachalny, ale emanujący zwyczajnym pięknem. Każdy kadr przywodzi na myśl ilustracje do starych wydań wiekowych baśni. Znajdziemy w Gorogoi więc smukłe, obłe kształty, łagodne pastele, ale po to, by gracz uniknął zgubienie zastosowano również wyraźne kolorystycznie wskaźniki. Każdy poszukiwany przez chłopca owoc charakteryzuje się innym kolorem. Jeśli więc w danym momencie poszukujemy zielonego owocu, to właśnie ta barwa podpowiadać nam będzie, w którą stronę się udać. Na szczególne wizualne wyróżnienie zasługuje jednak przedostatni etap gry, kiedy w jednej z zagadek łączymy w całość: wiekowy, mechaniczny zegar i modlitwę mnicha-ascety. Ich osobne historie spaja rozświetlony nieboskłon. Ten przypadek zespolenia dwóch odrębnych opowieści nie jest odosobniony, ale z mojej osobistej perspektywy wzruszał najmocniej.

Po 754 słowach przyszedł czas na podsumowanie

Gorogoa to niepowtarzalne doświadczenie wizualne, które nigdy nie przestaje być grą, ale rzuca wyzwanie swojemu gatunkowi. Choć wśród gier przygodowo-logicznych znajdziemy równie wzruszające, wartościowe oraz wciągające tytuły, to niewiele z nich potrafi zaprzęgnąć do działania coś tak nieuchwytnego jak wyobraźnia. Aby zrozumieć rozbitą narrację Gorogoi, trzeba po prostu samemu się w nią zagłębić. I pomimo, że można ją przejść w niecałe dwie godziny, nie ma mowy o tym, że jest za krótka. To po prostu dzieło podane w doskonałych proporcjach.

 

Gra udostępniona do recenzji dzięki serwisowi GOG.com. Znajdziecie ją TUTAJ!

Wszystkie wykorzystane media pochodzą z materiałów prasowych i zrzutów ekranu autorki.

Izabela Pamuła

Ze wszystkich growych gatunków najbardziej umiłowała cRPG, ale nie stroni od innych doświadczeń. Czasem katuje się szalonymi platformówkami, ślęczy nad zagadkami w przygodówkach albo wałęsa się po niezrozumiałych ścieżkach symulatorów chodzenia. Kiedy nie gra, czyta reportaże bądź Jacka Dukaja. W muzyce ceni wszelkie odmiany psychodelii. Z kinem zaś łączy ją trudna miłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *