Wojciech Miśkiewicz: Spotykamy się przy okazji koncertu w Klubie Nuomo, a jeszcze zagrasz 30 października na XXXIV Wielkiej Gali Grand Prix Jazz Melomani. Przyjechałaś do Łodzi z repertuarem z najnowszej płyty Don’t Look Behind, Always Forward, ale czy będziesz też prezentowała utwory z bardzo bogatego dorobku, który masz na swoim koncie?
Hania Derej: Gram koncert solo. Będzie trochę materiału z najnowszej płyty, ale też trochę utworów bardziej neoklasycznych, jazzowych, elektronicznych. Taka różnorodność moich muzycznych poszukiwań.
W.M: Jak Ci się gra solo już przy tak zróżnicowanym, dużym repertuarze? Z jednej strony jest łatwiej grać z kimś, z drugiej trzeba się jakoś porozumieć na scenie. Odpowiedzialność też się rozkłada.
H.D: Są plusy i minusy zarówno grania w zespole, jak i grania solo. W zespole jest bardzo dużo energii, reagowania na grę innych muzyków, czasem zaskoczeń, dużo uśmiechu. I rzeczywiście ta odpowiedzialność się rozkłada na wszystkich członków zespołu. Natomiast podczas grania solo mam większą wolność twórczą i sprawczość. Cokolwiek mi przyjdzie do głowy, mogę to zrealizować natychmiast. Jest to szczególnie ważne w obszarze improwizacji.
W.M: A gdy przygotowujesz się do takiego koncertu jak dzisiaj, czyli solowego, kiedy sama występujesz, to sama zmieniasz trochę aranże, sama zmieniasz pomysły na swoje już nagrane utwory, czy jest to po prostu okrojona forma tego, co byś zrobiła na przykład właśnie z kwartetem?
H.D: Za każdym razem dostosowuję materiał do danej sytuacji, do danej przestrzeni, czy też do danej grupy publiczności. Więc ten materiał się zmienia, jest bardzo elastyczny i ja też mam dużo przyjemności z tego, żeby za każdym razem jednak zagrać trochę inaczej.
W.M: To teraz nawiążę do właśnie twojej świeżynki, czyli najnowszej płyty Don’t Look Behind, Always Forward. Ktoś policzył, że to już twoje 11 wydawnictwo. Masz 21 lat, pewnie 80 czy 90% muzyków, którzy wydawali jakiekolwiek oficjalne płyty, takiego dorobku nie ma.
H.D: To prawda, dużo komponowałam w różnorodnych stylach od wczesnych lat i rzeczywiście jest to moja 11 płyta. Mniej więcej od 11 roku życia wydawałam praktycznie co rok. Był to przeróżny materiał, czasami solowy, czasami w zespole, czasami elektroniczny, klasyczny albo bardziej taki filmowy i jazzowy. Były też aranżacje kolęd. Cieszę się, że jest dla kogo tworzyć, że jest publiczność, która słucha tej muzyki. To bardzo zawsze buduje i motywuje do dalszej pracy.
W.M: Twój najnowszy krążek nazywa się Nie patrz wstecz, zawsze do przodu, jak byśmy mogli przetłumaczyć ten tytuł. Czy łatwo się patrzy do przodu, czy w ogóle optymistycznie w dzisiejszych czasach? Raczej to nie jest nastawienie, które pierwsze przychodzi do głowy.
H.D: Zdecydowanie się zgadzam. Wcale nie jest łatwo być optymistą w dzisiejszych czasach i patrzeć z uśmiechem na przyszłość, ale właśnie po to jest ta muzyka, po to jest ten album, żeby zachęcić do tego. Ma dać dużo energii i nadzieję, ma dać siłę i po prostu zmotywować do tego. Obojętnie co się dzieje naokoło nas, żeby jednak mieć wiarę w to, że będzie lepiej i że się da.
W.M: Słuchając tego albumu kilkakrotnie w ciągu ostatnich dni, doszedłem do wniosku, że jest to na swój sposób kontynuowanie tej drogi pomiędzy jazzem a muzyką neoklasyczną z Evacuation. Jest to album dosyć różny od tego, co nagrałaś w zeszłym roku na wydawnictwie Over the World We Know. Czy rzeczywiście poszukiwać tutaj kontynuacji tego przedostatniego albumu?
H.D: Wydaje mi się, że album Over the World We Know zdecydowanie nauczył mnie, jak korzystać z elektroniki, pokazał możliwości przeróżnych brzmień i trochę przemyciłam tych dźwięków do tego albumu najnowszego. Jest to kontynuacja, ale nie jakoś bardzo wyraźna i konkretna. Po prostu wydaje mi się, że album Don’t Look Behind, Always Forward jest takim podsumowaniem trochę tego, co mnie ostatnio kręci, co mi się podoba i w tą stronę chciałabym iść.
W.M: A to też nie jest taki trochę metaforycznie powrót z kosmosu, który oglądałaś, który eksploatowałaś właśnie na poprzednim albumie? Powrót do bardziej takich przyziemnych, bardziej też rdzennych dla Ciebie brzmień?
H.D: To prawda, w sumie nie myślałam o tym w ten sposób, ale to jak najbardziej ma sens.
W.M: Można chyba powoli mówić już w pewnym stopniu o zjawisku, jakim jesteś Ty, jest Hania Rani, Dobrawa Czocher, Yana. Swoistej polskiej szkoły z jednej strony mocno zakorzenionej w tej muzyce klasycznej, oczywiście w nowoczesnym wydaniu, ale też mocno czerpiącej z jazzu, jak również elektroniki.
H.D: Wydaje mi się, że w Polsce mamy naprawdę silną grupę muzyków, kobiet, neoklasycznych w sumie, które łączą właśnie trochę elektroniki, trochę tego backgroundu klasycznego z jazzem. Cieszę się, że mamy taką silną reprezentację i że jest też publiczność, która tego słucha tak naprawdę. I fantastyczne jest to, że możemy też z tą muzyką wyjść poza Polskę.
W.M: Nie masz wrażenia, że chociażby twoja muzyka, Hani Rani albo Yany jest dużo bardziej rozpoznawalna na zachodzie Europy niż w Polsce? Yana nagrywa z Olafurem Arnoldsem, ty również grasz za granicą pewnie więcej koncertów niż w Polsce. Hania Rani była chociażby kilka lat temu co-headlinerką Colours of Ostrava, jednego z bardziej zauważalnych festiwali Europy Środkowo-Wschodniej. To o czymś świadczy, gracie już na naprawdę dużych scenach, dużych festiwalach, a w Polsce niestety dalej jesteście chwilami traktowane jako taka alternatywa, piękne zjawisko, ale jednak na obrzeżach tego mainstreamu.
H.D: Coś w tym jest, ale myślę, że wynika to przede wszystkim z faktu, że muzyka instrumentalna nie ma barier językowych i od początku naturalnie pojawia się w środowisku międzynarodowym. Tego typu twórczość trafia do ludzi szukających konkretnego rodzaju wrażliwości i emocji – a na całym świecie, ze względów czysto demograficznych, jest ich ilościowo więcej niż w jednym kraju. Rynek międzynarodowy jest gigantyczny i bardzo się cieszę, że mam okazję reprezentować Polskę na międzynarodowych scenach. Jednak z radością wracam do koncertowania w kraju. Polski słuchacz jest niezwykle lojalny i wymagający, a polskie koncerty mają dla mnie wyjątkową energię. Dlatego staram się budować swoją obecność dwutorowo – i w kraju, i na świecie.
W.M: To może właśnie szczęście w nieszczęściu, że tworzycie muzykę, która nie potrzebuje, nie sięga po tekst, więc nie musicie na siłę na przykład pisać w języku angielskim. Stąd właśnie wasza muzyka jest na tyle uniwersalna, bo tylko posługuje się dźwiękiem, więc jest i dla Polaka, i też dla Anglika, Chińczyka, Brazylijczyka.
H.D: Rzeczywiście jest to prostsze w odbiorze, jeśli chodzi o tę językową kwestię, ale jednocześnie przeciętny słuchacz woli jednak muzykę z tekstem, niż bez tekstu. Z wokalem, niż bez wokalu, więc z jednej strony jest to plus, z drugiej strony jest to ograniczenie i to jest takie balansowanie pomiędzy różnymi światami.
W.M: Uczysz się dalej na uczelniach wyższych muzycznych w Krakowie i Amsterdamie. Jednocześnie, co warto podkreślić. Edukacja w klasycznym formach pomaga już rozpoznawalnemu artyście?
H.D: Szkoły muzyczne i studia dają nam narzędzia, dają nam technikę, dają nam wiedzę, ale to od nas zależy, czy my skorzystamy z tego i czy będziemy dalej szukać, eksplorować i poszukiwać tego własnego języka. Na pewno zyskujemy bardzo dużo ze środowisk muzycznych i ze szkół od profesorów, ale jak to wykorzystamy to już sprawa indywidualna.
W.M: Potrafisz rozdzielić jakby tą sztywną akademicką rzeczywistość od tego, co robisz poza uczelnią?
H.D: Staram się funkcjonować w środowisku akademickim w taki sposób jaka jestem na co dzień. Czasami jest to może trudne, czasami czuję się z tym dziwnie, ale chcę być po prostu sobą. Chcę być autentyczna, prawdziwa i reprezentować siebie. Po prostu wchodzę tam ze swoją muzyką. Oczywiście robię wszystko według podstawy programowej, ale absolutnie nie chcę rozdzielać siebie jako Hania, studentka akademii muzycznych i Hania jako artystka.
H.D: Nawiązywaliśmy też kilkukrotnie podczas tej rozmowy do tego, że pomimo młodego wieku masz już bardzo duży dorobek na koncie. Masz takie poczucie, że trochę dorastałaś i dalej dorastasz na scenie? Rozmawiałem na ten temat z kilkoma artystami, którzy również debiutowali jako nastolatkowie. Przyznawali, że dorastanie na scenie z jednej strony jest czymś pięknym, ekscytującym, ale z drugiej strony zostawia emocjonalne ślady.
H.D: Scena, granie koncertów, bycie w trasie, to jest najlepsza szkoła. Uczymy się wtedy najwięcej, bo jesteśmy bardziej świadomi. Wiemy czego chcemy, uczymy się cały czas, a z drugiej strony ma to swoje minusy i trzeba jakoś umieć rozdzielić te dwie rzeczywistości, czyli funkcjonowanie na scenie i życie poza nią. A jednocześnie pozostać sobą. Jeśli chodzi o mnie to ja się cieszę, że mogłam faktycznie dorastać na scenie i od najmłodszych lat grać koncerty.



