Król Latino objawił się na Stadionie Narodowym! Oczywiście mowa tutaj o Bad Bunnym, a nie wykonawcy, który z tym nurtem ma niewiele wspólnego. Wtorkowy koncert był pierwszym w naszym kraju najpopularniejszego obecnie muzyka hiszpańskojęzycznego na świecie. Było to święto młodości, luzu i hedonizmu w czystej, nieskrępowanej formie. Samo show Portorykańczyka dowiodło jego pozycji na świecie. Ale dał zarazem kolejną pożywkę do narzekania na akustykę Stadionu Narodowego.
Gdy ogłoszono występ gwiazdy reggeatonu w Polsce, wiele osób na pewno zastanawiało się, na ile będzie to strzał w dziesiątkę. Muzyka latynoska nigdy nie była wiodącą w naszym kraju. Owszem, sporo singli artystów takich jak np. Ricky Martin, Shakira czy Enrique Iglesias szalało w komercyjnych rozgłośniach radiowych i na parkietach dyskotek całego kraju.
Słowiańska dusza jednak, w myśl Kazika przeważnie wolała utwory „w których nie ma słońca przez siedem miesięcy w roku”. Segment rynku latino jest jednak na świecie dla dużych wytwórni wręcz kluczowy. To przecież nie tylko przecież Hiszpania, ale też praktycznie cała Ameryka Południowa i Środkowa wraz z milionami odbiorców w Stanach Zjednoczonych. Dosyć powiedzieć, że przecież Madonna i Beyonce wydawały swoje albumy po hiszpańsku, a Karol G była tegoroczną headlinerką legendarnej Coachelli.
„Zły Króliczek” z premierowym koncertem w kraju nad Wisłą trafił też idealnie marketingowo. Ubiegłoroczny, znakomicie przyjęty album Debí Tirar Más Fotos ustawił go na pole position do dochodowej ogólnoświatowej trasy koncertowej. Oczekiwania wzrosły również po świetnym występie w przerwie finału NFL. Więc jeśli ktoś miał wspomniane już wątpliwości, to zostały one rozwiane szybko. Stadion Narodowy był wypełniony do samego końca.
Show rozpoczęła grupa Chuwi, która wprowadziła publiczność w klimat rodem prosto z portorykańskiego San Juan. Punkt 19, spod sceny A (produkcja trasy zakłada podział występów na dwie sceny i trzy swoiste akty) wyjechał gwiazdor wieczoru. Wspólnie z towarzyszącą orkiestrą Bad Bunny zaczął występ utworami mocno osadzonymi w tradycji latynoskiej z ostatniej płyty artysty. Usłyszeliśmy tutaj m.in. PIToRRO DE COCO, TURiSTA, NUEVAYoL. Doprawione solówkami muzyków piosenki z albumu DTMF zabrzmiały świeżo, nieskrępowanie i słonecznie. Słowem – były wszystkim z czego kultura i muzyka karaibska jest kojarzona.
Na drugą część koncertu Bad Bunny przeniósł się na tak zwaną La Casita. Jej wygląd małego domku, można kojarzyć z tegorocznego Super Bowl Half Time Show. Jak w innych krajach tej trasy, strefa ta była wypełniona wybranymi z publiczności najciekawiej ubranymi fanami oraz zaproszonymi influencerami. Na dachu tej sceny Portorykańczykowi nie towarzyszyła orkiestra. Wszak muzyczne początki wokalisty osadzone są w reggaetonie. I to właśnie nad swoimi pierwszymi krążkami pochylił się gwiazdor w tym akcie. Fani usłyszeli tutaj m.in. Diles, No me conoce. Specjalnym wyborem w secie dla Polski okazała się La Zona.
Na ostatnie pięć utworów występ powrócił na pierwszą scenę. I tu już mieliśmy kwintesencję hitów, przede wszystkim w kończącym EoO. Choć koncert trwał odrobinę krócej niż reszta występów na tej trasie, absolutnie grubo ponad dwugodzinny koncert nie mógł zostawić nikogo niewytańczonego. Otwartość, wspólnota i szczerość, te wartości tak podkreślone na Debí Tirar Más Fotos dało się wyczuć od pierwszych taktów.
Jedyne wady występu Portorykańczyka? Po pierwsze brak komunikacji w języku angielskim. Mnóstwo, pewnie nawet połowa publiczności była hiszpańskojęzyczna, ale jednak nie jest to tak znany język w Europie, nie mówiąc o Polsce. Można było z tonu pozdrowień zrozumieć, kiedy Benito dziękuje publiczności i jakie emocje mu towarzyszą. Należy chyba wymagać od artysty koncertującego po całym świecie nauczenia się choć formułki w języku angielskim. Drugi aspekt to już tak zwana „Kolekcja Klasyki”, czyli akustyka Stadionu Narodowego. Obiekt gości co roku pewnie koło dziesięciu jak nie więcej koncertów. Aż wstyd przyjmować w takich warunkach gwiazdy światowego formatu. Pierwszych kilka utworów dudniło przeokropnie, co w połączeniu z piskiem publiczności tworzyło kakafonię. Stopniowo było z dźwiękiem lepiej, ale osoby zmęczone, przebodźcowane lub cierpiące na ataki lękowe mogły poczuć się zagrożone. Temat powraca w przypadku 90% wydarzeń w tym miejscu. Oczywiście nie ma obecnie możliwości zmiany tego stanu, ale należy o nim grzmieć, aby w przypadku remontu za x lat Narodowego, nie zaniedbano tematu akustyki, tak jak miało to miejsce przy jego budowie.
Czy Bad Bunny spełnił oczekiwania? Tak. Czy było to show godne jeden z największych obecnie gwiazd? Zdecydowanie. Wtorkowy wieczór w Warszawie był hołdem i celebracją kultury latino, w szczególności portorykańskiej. I chyba nie ma osoby która żałowałaby udziału w tej wielkiej fieście. Zapraszamy w przyszłości, Panie Benito!


![Bad Bunny rozgrzał PGE Narodowy! [fotorelacja]](https://kulturalnemedia.pl/wp-content/uploads/2026/07/DSC01631-218x150.jpg)
