Kto zastrzelił szeryfa w Tauron Arenie, czyli Eric Clapton w Krakowie

0
54
Eric Clapton w Krakowie
fot. George Chin

Jeśli na drogach w okolicy Tauron Areny auta stoją jak zabetonowane to „wiedz, że coś się dzieje”. A w środowy wieczór 29 kwietnia działo się coś naprawdę historycznego – na scenie na zaproszenie Live Nation Poland miała zameldować się prawdziwa legenda muzyki, geniusz gitary: Eric Clapton.

Andy Fairweather Low na supporcie

Zanim jednak publiczność mogła zobaczyć Mistrza, poznała jego wieloletniego przyjaciela i współpracownika Andy’ego Fairweathera Lowa. Ten wraz z zespołem pojawił się przed nią punktualnie o 19:15 i zapowiedział występ słowami (parafrazując nieco angielską wypowiedź) „mamy po trochę ponad 60 lat i 45 minut, by zaprezentować swą muzykę”. Rzeczywiście w przypadku wieku „trochę” jest mocno powiedzmy… niedoszacowane, ale muzycy w sercach mają nadal młodzieńczy muzyczny ogień. Andy nawiązał świetny, niemal rodzinny kontakt z krakowską widownią. Zmuszał do odśpiewywania refrenu Tequili, klaskania w rytm melodii i nieśmiałych pląsów.

The Low Riders wystąpił w bardzo nietypowym składzie, bo oprócz basu („w formie” kontrabasu i gitary basowej) w rękach Iana Jenningsa, perkusji, za którą zasiadał Paul Beavis, organów obsługiwanych przez Richarda Milnera i oczywiście Andy’ego, na mniej lub bardziej zelektryfikowanych gitarach akustycznych (każda z nich miała „pudło”), na scenie bój na SAKSOFONY toczyli Nick Pentelow i Pete Cook! I trzeba przyznać, że owe boje trafiły w serca (poprzez uszy) widzów. Widać było, że Fairweathera Lowa roznosiła energia – występ zakończył wejściem na krzesło i już miał skakać z gitarą niczym Slash, ale nagle przypomniał sobie, że kolana już chyba „nie te” i po prostu zszedł z niego kończąc granie po, jak zapowiedział, 45 minutach.

Gwiazda wieczoru – Eric Clapton

Publiczność dostała 30 minut, by przygotować się na danie główne. Również i tym razem PKP mogłoby się uczyć od artystów punktualności – 20:30 i na scenie pojawia się legendarny „Slowhand” wraz z zespołem. Wypełnionej po brzegi krakowskiej arenie artysta zaproponował koncert w formacie 3×5. Zagrał sety po pięć utworów naprzemiennie w wersji „elektrycznej”, akustycznej i ponownie tej z prądem.

Pierwszą część rozpoczął Badge, a zakończył I Shot the Sheriff (dając Państwu odpowiedź na pytanie postawione w tytule). Następnie zgasło światło. Gdy włączono je ponownie, w blasku „punktowców” pojawił się jedynie Clapton, dzierżąc w rękach „pudło”, i popłynęły dźwięki Kind Hearted Woman Blues. Przy następnym utworze (Nobody Knows You When You’re Down and Out) na scenę powróciła reszta muzyków i pozostała na niej już do końca show. Blok „bez zasilania” zakończył chyba najbardziej osobisty i przejmujący utwór Claptona – Tears in Heaven. Zaprawdę powiadam Wam – ten fragment koncertu ściskał za gardła. Jedyne, do czego ja osobiście mógłbym się przyczepić, to Layla zagrana w części akustycznej. Zdecydowanie wolę ten kawałek w drapieżnej, elektrycznej wersji.

Po Łzach przyszła pora na kolejny blok, w którym „Slowhand” podłączył gitarę pod prąd (tak, wiem, akustyki też są podłączane…) i pokazał, że nie trzeba szalonych rajdów palcami po gryfie, by wydobyć z nich potężne dźwięki. Pozwólcie na drobną dygresję. W pierwszej części koncertu jako tło do Key to the Highway wyświetlano filmiki z klasycznymi amerykańskimi muscle carami. I Clapton przypomina mi właśnie takiego klasycznego Forda Mustanga – klasyczne piękno i moc, która nie wynika z szalonych obrotów silnika czy palców…

Drugi blok elektryczny (a trzeci koncertowy) zakończył cover J.J. Cale’a Cocaine. I tu również mam mieszane uczucia, bo tej nocy utwór ten został wzbogacony o popisy solowe muzyków. Z jednej strony mieliśmy szansę zobaczyć i usłyszeć popisy wirtuozów najwyższej klasy, z drugiej – gdzieś uleciała „skondensowana energia” tego kawałka.

Jeśli o muzykach mowa, to tu też drobne zaskoczenie. Pamiętacie, że Andy Fairweather Low zabrał dwóch saksofonistów? Eric dla odmiany miał tej nocy do pomocy dwóch KLAWISZOWCÓW: Tima Carmona i Chrisa Staintona. W gitarowe pojedynki z Mistrzem wdawał się Doyle Bramhall II, rytm wybijał na „garach” Sonny Emory, wspomagany na basie przez Nathana Easta. Niezwykły klimat dopełniały w chórkach Sharon White i Katie Kissoon. I trzeba przyznać, że oni wszyscy genialnie pasowali do muzyki, którą tej nocy Clapton postanowił zagrać w Krakowie.

Zatem wiecie już, kto popisywał się w Cocaine. Gdy zabrzmiały ostatnie dźwięki tego utworu, zespół zszedł ze sceny. Ale nie w Krakowie takie numery! Gromkie brawa i oklaski wywołały ich ponownie i na bis wybrzmiało klasyczne bluesowe Before You Accuse Me. Piękne zwieńczenie niezwykłego wieczoru. „Slowhand” udowodnił, że mimo upływu lat jego technika i brzmienie gitary pozostają jedyne w swoim rodzaju. Szkoda, że by się o tym przekonać, musieliśmy czekać 12 lat (ostatni raz wystąpił w 2014 roku w Oświęcimiu).

Przygotował Piotr Kuhny

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze