Dying Light: The Beast – polska seria o zombie wraca do korzeni

0
4

Kilka lat po premierze Dying Light 2: Stay Human nadzieje graczy rozbudził szereg zapowiedzi na temat dużego dodatku fabularnego. Miała to być znacznie mroczniejsza odsłona przygód niż ta zaprezentowana w podstawce. Ostatecznie to, co stworzyli twórcy przerosło najśmielsze oczekiwania fanów cyklu, a dodatek przerodził się w pełnoprawną, osobną grę. Jak wypadła trzecia część polskiej serii o zombie i parkourem w roli głównej?

Powrót znajomego z pierwszej części Dying Light

Dying Light: The Beast ukazał się w 2025 roku, zaledwie trzy lata od premiery dwójki i przyniósł dla fanów niespodziankę – powrót protagonisty po dziesięciu latach. 

Historia opowiada o znanym już graczom Kyle’u Crane’ie. Po wydarzeniach z jedynki, Kyle zaczął przemieniać się w zmutowanego zombie, resztką siły woli zachowując świadomość. Wtedy tak zwany Baron odnalazł go, uwięził w podziemnym laboratorium i eksperymentował na bohaterze przez trzynaście lat. Okres zniewolenia i nieetyczne eksperymenty doprowadziły do odzyskania przez głównego bohatera części człowieczeństwa i pełnej świadomości, ale ceną za to była wieloletnia trauma i strach. Ponadto, ciało Crane’a przeszło gruntowne zmiany, a on sam cierpi na napady mocnego gniewu, który trudno mu kontrolować.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Po trzynastu latach, Crane’owi udaje się uciec z laboratorium za pomocą niejakiej Olivii – niejednoznacznej bohaterki i towarzyszki głównego bohatera, która postanawia pomóc wściekłemu Kyle’owi dorwać Barona, aby mógł się zemścić za lata niewoli i bólu. W takich okolicznościach bohaterowie przenoszą się do górskiej prowincji Castor Woods. 

Historia, jak to w przypadku wszystkich odsłon Dying Light, choć w miarę przyjemna, nie jest zbyt oryginalna i pełni rolę pretekstu do ukazania zombiaczych realiów i mięsistej rozgrywki. Co ciekawe, tytuł podejmuje się wątków traumy, strachu i nieopanowanej agresji, przez moment nawet wydaje się, że te aspekty będą miały większy wydźwięk, ale ostatecznie wszystko zostaje zepchnięte na bok, aby zrobić miejsce bieganiu i polowaniom na zombie. Nie jest to oczywiście wada – dla wielu graczy Dying Light stoi gameplayem, a opowiedziana historia jest tylko pretekstem dla gry.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Należy jednak wspomnieć o tym, że znalazło się kilka zadań-perełek. Seria przyzwyczaiła graczy do tego, że każdy quest ma swoją osobną mini-fabułę, a kilka z nich jest naprawdę ciekawych. Jako przykład można podać zadanie, w którym Kyle zostaje poproszony przez jednego z ocaleńców o odnalezienie jego zaginionego ojca. Można się spodziewać niejednoznaczności bohaterów i ciekawego plot-twistu.

Szarość i ponury klimat również wracają do Dying Light:The Beast

Przed premierą, Dying Light 2 w trailerach był przedstawiany jako gra ponura, szara, co świetnie komponowało się ze strasznymi realiami apokalipsy zombie. Ostatecznie dostaliśmy jaskrawą grafikę z przesyconymi barwami. Dying Light: The Beast naprawia błędy poprzedniczki.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Stylistyka i oprawa graficzna w najnowszej części są właśnie tak ponure i przytłaczające, jak zapowiedzi poprzedniej. Słoneczne południe jest blade, jakby tylko wampiry były w stanie się opalać w taką pogodę. Zombie są odpowiednio obrzydliwe i zgniłe, a krew nie jest czerwona – sprawia wrażenie niemal czarnej. To wszystko może wydawać się przesadą, ale świetnie pasuje do zaprezentowanych realiów i dobrze oddaje atmosferę panującą w górskiej wsi.

Nie ma tu jednak aż tak beznadziejnej sytuacji – w grze istnieje poczucie humoru, postacie miewają zabawniejsze momenty, a Kyle Crane – mimo pełnienia roli straumatyzowanej ofiary ambicji Barona, co chwilę rzuca zabawnymi tekścikami i przekomarza się z innymi postaciami. Następuje tu lekki dysonans, ale ponownie – nie historią stoi Dying Light.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Pisząc o klimacie, należy napomknąć jeszcze o nocach. Te od samego początku gry są przerażające i niebezpieczne z powodu przemieńcow, czyli specjalnych rodzajów zombie. Wychodzą tylko po zmroku i mogą dopaść gracza w mgnieniu oka. Jest to klasyka serii i świetnie ją tutaj zaimplementowano.

Rozgrywka – najważniejszy element Dying Light

Nie jest tajemnicą, że bez dobrze zaprojektowanej rozgrywki, prawie każdy istniejący tytuł staje się znacznie gorszy lub niemal niemożliwy do obcowania (wyjątkiem są gry nastawione wyłącznie na narrację). Studio Techland świetnie zdaje sobie z tego sprawę i w przypadku The Beast odrobił zadanie domowe. 

W tę odsłonę gra się z grubsza tak samo, jak w poprzednie, z małymi zmianami – na szczęście każda jest na plus. Parkour jest znacznie lepiej zaprojektowany niż w Dying Light 2 – postać jest bardziej responsywna, animacje szybsze. Kyle nie jest też nadczłowiekiem jak Aiden z poprzedniej części, więc nie skacze na wysokość czterech metrów niczym Mario. Z powodu zainfekowania wirusem wciąż jego zdolności motoryczne są bardziej rozwinięte niż u normalnego człowieka, ale nie ma się wrażenia tego super bohaterskiego parkouru znanego z dwójki – jedynie nieco podkręconego. Można się jedynie przyczepić, że wciąż nie doścignięto pod tym względem pierwszej części, ale to bardzo subiektywna opinia i w internecie da się znaleźć głosy, że akrobacje w późniejszych częściach są przyjemniejsze.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Parkour świetnie się sprawdza w przemierzaniu mapy, która jest zdecydowanie gęściej upchana aktywnościami i sekretami w porównaniu do Villedor z DL2. Twórcy stanęli na wysokości zadania w projekcie Castor Woods i opłaciło im się to. Dodano też kilka aut rozsianych po całej mapie, ale szczerze mówiąc mechanika jazdy nie jest zbyt przyjemna. Łazik z dodatku do Dying Light 1 prowadziło się znacznie przyjemniej.

Walka nie różni się natomiast prawie niczym od tej z poprzedniej części – i dobrze. Dalej są do dyspozycji lekkie i ciężkie ataki, uniki, bloki, rzuty judo przeciwnikami i ikoniczne kopanie z wyskoku. W tym aspekcie bez rewolucji ani nawet ewolucji, ale trudno się dziwić, skoro The Beast miał być pierwotnie jedynie dodatkiem, a nie pełnoprawną odsłoną.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Nowością jest natomiast Tryb Bestii. Po naładowaniu specjalnego paska, bohater może wejść w stan, w którym jego ataki są tak potężne, że większość zombie pokonuje jednym ciosem, a walka z naprawdę mocnymi przemieńcami zaczyna rozgrywać się na równych warunkach. Całkiem zabawna w używaniu umiejętność.

Naprawdę duża aktualizacja

Tradycją jest to, że nawet po wydaniu gry i wstępnych patchach naprawiających błędy, twórcy wciąż rozwijają tytuł i dodają do niego nowe elementy. Ostatnią dużą aktualizacją była wersja 1.6 gry, wydaną 26 marca – czyli pół roku po premierze. 

Aktualizacja nosiła nazwę Restored Land i wprowadziła tyle nowości, że ciężko będzie je tutaj wszystkie opisać. Przede wszystkim, wprowadzono mechaniki przetrwania – gracz musi zwracać uwagę na takie statystyki jak głód, w przeciwnym wypadku postać będzie coraz słabsza, aż ostatecznie spotka ją śmierć.

Dying Light: The Beast
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light: The Beast

Kolejną dużą zmianą jest brak odnawiania się przedmiotów i wrogów. Oznacza to, że każdy zebrany zasób nie pojawi się z powrotem w danej lokacji, jak było to przed aktualizacją. To samo tyczy się przeciwników – możliwe jest więc oczyszczenie całych terenów z zombiaków. Zwiększa się więc sens przeszukiwania ciał poległych wrogów, gdyż zasoby są ograniczone, a eksploracja nagradzana jeszcze bardziej.

I na koniec – Przemieniec Alfa. Wyżej wspomniane zostały te rodzaje zombie i trudności, jakie sprawiają w nocy. Przemieniec Alfa natomiast to jeszcze większy cierń w skórze, gdyż wiecznie poluje na gracza, jeśli tylko raz go wywęszy. Jest on potężniejszy i trudniejszy do zabicia oraz aktywnie śledzi Kyle’a w nocy, ale jest taki tylko jeden i po pokonaniu go – gracz ma od niego spokój. Niestety (a może stety), w następnej dobie pojawi się kolejny Przemieniec Alfa, więc cykl się powtarza.

Dying Light: The Beast – godny reprezentant serii

Słowem zakończenia, The Beast to świetna odsłona marki. Swoisty złoty środek pomiędzy fenomenalną jedynką, a nieco gorszą, aczkolwiek wciąż dobrą dwójką – fani obu części znajdą tutaj coś dla siebie. Pochwalić trzeba również klimat i kolorystykę oraz fan-service w postaci powrotu Kyle’a Crane’a.

Dying Light: The Beast to bardzo solidna gra, warta swojej ceny i tak jak w przypadku poprzedniczek – idealna dla fanów klimatu zombie i parkouru.

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze