Dying Light – jak Polacy zrobili najlepszą grę o zombie w historii

0
22

W życiu każdego zaprawionego gracza raz na kilka lat pojawia się gra-objawienie. Istny majstersztyk, do którego wraca się co jakiś czas, aby na nowo przeżyć przedstawioną przygodę. Dying Light jest takim klasykiem dla wielu graczy, a jako że niedawno gra obchodziła 11. urodziny, jest to idealny moment na wspomnienie, dlaczego ten tytuł zalicza się do grona arcydzieł

Witamy w Harran

Coś, co jako pierwsze sprawia niesamowite wrażenie, to ujęcie rozpadającego się, zgniłego miasta Harran, w którym dzieje się akcja Dying Light. Świat pełen jest włóczących się zombie, ulice są brudne i zaniedbane, a brak nadziei panujący w tym świecie da się wyczuć w pierwszych minutach. Mimo dołującego opisu, można to nazwać piękną brzydotą. Zarówno grafika, jak i stylistyka przedstawionego świata jest bardzo dobra i robi wrażenie nawet dzisiaj.

Dying Light
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light

Po ukończeniu samouczka gra wypuszcza gracza w pełni otwarte i świetne zaprojektowane miasto. Stoją przed nami otworem właśnie te brudne ulice, ale też dachy, kanały, wszelkie budynki i zniszczone bloki, czekające na odwiedziny. Infrastruktura miasta jest świetnie zaprojektowana i mistrzowsko oddaje charakter dwóch dostępnych terenów – biednych slumsów i zabytkowego Starego Miasta.

Parkour jak w 13. Dzielnicy

Opisana została otwartość świata, więc należy wspomnieć o tym, jak ten świat się przemierza. Dying Light może pochwalić się świetnym systemem pierwszoosobowego parkouru, bardzo unikalnym i mocno zręcznościowym. Bohater z łatwością pokonuje wszelkie przeszkody, w locie wykonując niemal filmowe akrobacje. Dodatkowo, wraz z licznikiem godzin spędzonych w grze, rosną też dostępne ruchy, z których można korzystać. Nie ogranicza się to tylko do przemieszczania, bo wiele z tych umiejętności da się wykorzystać w walce.

Dying Light
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light

Tak więc przykładowo jedną z umiejętności jest możliwość wybijania się z wrogów, aby ich ominąć. Ale innym zastosowaniem tej umiejętności jest nie ucieczka, a bezpośredni upadek na zombie, aby go przewrócić, a następnie dobić.

Oczywiście na tym lista się nie kończy, należy wspomnieć natomiast jeszcze o ikonicznym już kopnięciu w powietrzu, które wysyła wrogów kilka metrów przed gracza. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż wykopanie zombie z dziesiątego piętra i patrzenie, jak uroczo spada przez te kilka sekund.

Zaatakować maczetą czy podeszwą buta?

Skoro podjęty został temat walki w Dying Light, to opisany zostanie również ten aspekt. System potyczek nie jest zbyt skomplikowany, aczkolwiek jest przyjemny, sprawia swoją funkcję i daje dużo wolności. Podstawowo, bohater wyprowadza ataki słabe i mocne oraz potrafi wykonywać zręczne uniki. Do dyspozycji są dziesiątki rodzajów oręża: od zardzewiałych rurek po ostre jak brzytwa maczety, a każda broń zachowuje się inaczej, jest więc w czym wybierać.

Walkę urozmaicają wspomniane już wcześniej zręcznościowe ruchy specjalne oraz parkour, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby atakować bez broni, polegając gównie na ciosach nogami i wykorzystaniu otoczenia. Ciekawym dodatkiem są narzędzia pomocnicze, takie jak noże do rzucania czy granaty, których opcjonalne używanie urozmaica potyczki.

Dying Light
Własny zrzut ekranu z gry Dying Light

Opisując system walki jak najkrócej, to jest on dobry, choć czasami frustrujący. Na pewno minusem jest bardzo silne skupienie się twórców na statystykach broni jak w Loot-RPG typu Diablo, ale na szczęście nie przebiera się w złomie aż tyle. Grę bardzo urozmaicają ulepszenia, których stosowanie dodaje efekty żywiołów do broni białej, jak zamrażanie czy podpalenie.

Sztampowa historia o wybrańcu

Niestety, Dying Light nie jest grą idealną. Ma swoje bolączki, a jedną z największych jest fabuła. W skrócie, historia opowiada o agencie specjalnym Kyle’u Crane, który zostaje wysłany do miasta Harran, aby odzyskać od głównego złego wrażliwe dane rządowe oraz znaleźć lekarstwo na wirusa.

Typowa opowieść o wybawcy, który musi uratować świat. Sztampa goni sztampę. Nie pomagają postacie niezależne, które polegają na stereotypach i często są irytujące. Gra ewidentnie stoi przede wszystkim rozgrywką, fabuła w większości to natomiast bardziej dodatek i służy do wysyłania gracza w kolejne rejony świata.

Trzeba jednak pochwalić twórców za kilka zadań pobocznych. Raz na jakiś czas trafi się quest skupiający się na życiu ludzi, którzy przetrwali i którzy zmagają się z nową i smutną codziennością. Są to historie dobrze napisane, pełne emocji i nierzadko z mocnym wydźwiękiem, skupione na pojedynczych jednostkach. Dobrym przykładem jest seria zadań o przedszkolu, ale nie będę więcej zdradzał. Szkoda, że w Dying Light nie ma takich historii więcej.

Wsparcie Dying Light 11 lat po premierze

To mniej więcej wszystko, co ta gra ma do zaoferowania. Trzeba nadmienić, że mimo 11 lat na karku, twórcy wciąż wydają aktualizacje do Dyng Lighta, co jest dosyć niezwykłe w obecnej dobie elektronicznej rozrywki, gdzie wielkie firmy skaczą z projektu do projektu w krótkich odstępach czasu. Warto sprawdzić Dying Light nawet dla samej rozgrywki, bo i cena nie jest wysoka (często grę można złapać za mniej niż 10 zł), a i ukończyć ją można w miarę szybko, jeśli komuś nie zależy na długiej grze (15 godzin, jeśli opuści się niektóre zadania i aktywności poboczne). Ten tytuł to kawał dobrej roboty naszego rodzimego studia.

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze