Fallout sezon 2 – recenzja finału. Witajcie w New Vegas, czyli wojna, która prawie nigdy się nie zmienia

0
7

Wojna nigdy się nie zmienia, ale oczekiwania widzów rosną. Po fenomenalnym przyjęciu pierwszego sezonu, poprzeczka dla ekipy Amazon Prime Video zawisła niezwykle wysoko. 2. sezon Fallouta zabiera nas w podróż do legendarnego New Vegas, obiecując spotkanie z kultowymi frakcjami i rozwiązanie tajemnic z przeszłości. Czy powrót na Pustkowia to wciąż jazda bez trzymanki, czy może silnik tej maszyny zaczął się krztusić? Sprawdzamy.

Pierwszy sezon udowodnił, że da się zrobić świetną adaptację gry, która zadowoli zarówno fanów, jak i świeżaków. Kontynuacja miała trudniejsze zadanie – musiała rozwinąć skrzydła, wyjść poza schemat wprowadzenia i zderzyć bohaterów z legendą uniwersum – miastem hazardu, które przetrwało apokalipsę. Twórcy dają nam wszystkiego więcej: więcej akcji, więcej potworów i zdecydowanie więcej politycznych intryg.

Trio, które niesie ten serial

Siłą Fallouta nadal pozostają jego bohaterowie. Ella Purnell jako Lucy świetnie ewoluuje – z naiwnej mieszkanki krypty zmienia się w zahartowaną bywalczynię pustkowi, choć wciąż stara się zachować swój moralny kompas. Jej dynamika z Ghulem to serce tego sezonu.

A skoro o nim mowa to Walton Goggins ponownie kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Twórcy poświęcają sporo czasu na jego retrospekcje, co pozwala nam lepiej zrozumieć tragedię świata przed wybuchem bomb. To właśnie w wątkach z przeszłości błyszczy jedna z najciekawszych nowych postaci – Robert House w tej roli  Justin Theroux. Fani gry New Vegas będą zachwyceni sposobem, w jaki serial bawi się mitologią tego bohatera. Nieco gorzej w tym układzie wypada Maximus  i wątek Bractwa Stali. Choć jego postać przechodzi ciekawą drogę od giermka do kogoś znacznie ważniejszego, momentami czuć, że scenarzyści nie do końca mieli pomysł, jak organicznie wpleść jego historię w główną oś fabuły przez wszystkie odcinki.

Pustkowia pełne nierówności

To, co może w 2. sezonie przeszkadzać, to tempo i nierówny poziom poszczególnych wątków. Serial cierpi na syndrom środkowego rozdziału. Mamy tu mnóstwo otwartych drzwi: tajemnice Krypt , politykę New Vegas, działania Enklawy i wewnętrzne tarcia w Bractwie Stali.

Momentami można odnieść wrażenie, że twórcy wzięli na barki zbyt wiele. O ile wątek główny trzyma w napięciu, o tyle historie poboczne potrafią nużyć lub wydają się doklejone na siłę. Szczególnie dyskusyjne może być przedstawienie Legionu Cezara – frakcji, która w grach budziła grozę, a tutaj budzi mieszane uczucia.

Audiowizualna uczta z nutą jazzu

Tam, gdzie scenariusz czasem łapie zadyszkę, nadrabia realizacja. 2. sezon Fallouta która  wygląda obłędnie. Budżet widać na każdym kroku – od dopieszczonych kostiumów, przez scenografię zrujnowanego Vegas, aż po efekty specjalne. W końcu doczekaliśmy się też starć z ikonicznymi bestiami uniwersum. Wszystko to podlane jest fantastycznym soundtrackiem, który miesza klasyki z lat 40. i 50. z niepokojącymi dźwiękami pustkowi. Klimat wylewa się z ekranu i nawet gdy fabuła nieco zwalnia, po prostu chce się w tym świecie przebywać.

Werdykt: Warto wrócić do Krypty?

Zdecydowanie tak. Choć 2. sezon Fallouta jest nieco bardziej chaotyczny niż pierwszy i momentami gubi rytm, to wciąż jedna z najlepszych rzeczy, jakie spotkały fanów postapokalipsy w ostatnich latach. To serial robiony z miłością do materiału źródłowego, który nie boi się jednak iść własną drogą.

Finał sezonu zostawia nas z potężnym apetytem na więcej i sugeruje, że prawdziwa wojna o kontrolę nad pustkowiami dopiero się rozkręca. Jeśli przymkniecie oko na kilka scenariuszowych skrótów, wizyta w New Vegas będzie niezapomnianym przeżyciem.

Podoba Ci się to, co robimy?
Wesprzyj nas i postaw nam kawę!
Wesprzyj nas
0 0 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze